>> środa, 4 lutego 2009 17:56:46
Bywaj Katie....



Po raz pierwszy od ośmiu miesięcy wyszła na światło dzienne. Zmrużyła oczy, bo niemiłosiernie słońce ją raziło. Widok jej mógł wzbudzać kontrowersje.
Deportowała się do „domu”. Weszła bez pukania.
- Wróciłam- powiedziała cicho na widok Rosveltów.
- O matko...usiądź.
Katie wykrzywiła usta w grymasie i posłusznie usiadła.
- Ktoś bardzo chce Cie widzieć.
- Doprawdy...
- Sprowadzę go.
- Nie trudź się Adamie on już wie, że tu jestem.
- Jak zawsze nieomylna- rzekł wchodzący Voldemort. Jego spojrzenie spoczęło na bladej kobiecie. Włosy opadające luźno na ramiona, wykrzywione usta i beznamiętny wzrok. Szczupła, wyprostowana niczym struna. W czerni jak pokazowa topielica.
- A Ty jak zawsze uprzejmy- jej usta wykrzywiły się w jeszcze większym grymasie.
- Jakie to urocze z waszej strony...po ośmiu miesiącach komitet powitalny
- Nie żartuj sobie Kats. Gdzieś Ty była? – Rosveltowie przestraszeni wyszli z pokoju. Został tylko Tom...jej dawny Tom.
- Nieważne.
- Ważne! Martwiłem się.
- Cudownie
- Co się z Tobą stało? Czemu grasz?
- Nie gram w nic Voldemort – odrzekła znudzona
- Czy to przeze mnie? Bo Cie wyzwałem i uderzyłem? Robiłem to faktycznie z zazdrości, pod wpływem chwili. Katie przepraszam- usiadł obok niej
- Nie.
- Przez Severusa, tak? Że uprawiał seks z inną, wtedy, gdy się w nim zakochałaś?
- Jak miło, nawet wiesz o Sevie...Co mu zrobiłeś?
- Nic wielkiego. Zostawiłem go dla Ciebie.
- Obejdzie się.
- Już dobrze?
- Nawet nie wiesz jak bardzo...
Patrzyli sobie w oczy. Lecz jakby coś było nie w porządku. Dreszcz przebiegł po plecach Voldemorta pod naciskiem spojrzenia Kats.
- Znowu się zmieniłaś...teraz kategorycznie.
Odpowiedź została skwitowana milczeniem.
- Miranda się o Ciebie martwi. Hermiona, Draco, Oliver również. Lecz najbardziej to chyba Scorpius...codziennie się o Ciebie wypytuje.
- Chciałabym go zobaczyć...
- Więc – złapał ją za rękę i w ciągu chwili znaleźli się w innym salonie. Miranda czytała książkę, a Hermiona próbowała zabawić Scorpiusa głupimi pokazówkami.
- To nie jest plawdziwa magia! Osukujesz mnie!- wykrzyczał 3-letni dzieciak i z oburzeniem zerwał się z podłogi poczym w impetem wpadł na Katie, która uklękła przy nim.
- Cześć. Pamiętasz mnie?
- Taak! – wypiszczał Scorpius i mocno przytulił się do drugiej siostry
- To co pokazuje Ci Herm nazywane jest magią. Bardzo kiczowatą i ulotną, lecz jednak magią. Rozumiesz?
- Rozumiem...pokażesz mi magię?
Katie przelotnie popatrzyła się na Voldemorta, który skinął głową. Bez użycia różdżki, lekkim skinieniem reki sprawiła, iż szafa stojąca obok Hermiony stanęła w dużych płomieniach. Dębowe drewno szybko odwróciło się w garstkę popiołu, a samotny płomień ognia popełznął w kierunku oniemiałego chłopca i znudzonej Katie. Połaskotał ich swoim ciepłem, a następnie wrócił do popiołu, który z powrotem przemienił się w szafę.
Pokazówka została zakończona, a mały z przejęciem zaczął klaskać. Znowu rzucił się dziewczynie na szyję i przeżywał wciąż na nowo zdarzenie z ogniem.
- No dobrze Scorpiusie dość. Chcę bardzo poważnie porozmawiać z Katie. Chodź.
- Okey- mruknęła i poszła do jakiejś komnaty za Voldemortem. Tej komnaty co ostatnio. Jej komnaty...



*Podpalenie szafy to nie jest mój pomysł jak pewnie się domyśliliście. Ktoś kto czytał książki P.Rowling wie o czym mówię. Ja tylko stworzyłam własną wersję. Mam nadzieję, że sie podoba. Pozdrawiam- KasieK.

komentarze [7]

>> sobota, 31 stycznia 2009 19:58:58
I szła sobie tą cholerną Brzoskwiniową Alejką, bez żadnej brzoskwini w otoczeniu, płacząc. Było późno, mogła sobie na to pozwolić. Nie miała teraz nikogo...nawet Voldemorta.
Deportowała się. Na tą górę, co kiedyś. Usiadła na skraju, objęła ramionami kolana i tak cichutko łkała.
Przechylić się odrobinę...wpaść w lodowatą wodę, utopić się. Nie zależało jej. Już całkowicie nie widziała sensu. Ale nie zrobiła tego. Po jakimś czasie zabrakło łez, więc znowu deportowała się, tym razem do domu. Na progu została przywitana szampanem, a Amelia ją serdecznie uściskała.
- Gratulujemy! Musimy to uczcić!
- Nie teraz Adamie. Źle się czuję. Wybaczcie, ale idę się położyć- i bez większego tłumaczenia powlokła się na górę. Zamknęła drzwi zaklęciem, zrzuciła z siebie ubranie wypijając eliksir Bezsennego Snu, poczym naga i już lekko otumaniona weszła do łóżka.


Zamykając oczy myślała o śmierci. Otwierając zmęczone powieli myślała jeszcze bardziej o zejściu z tego cholernego świata. Wiążąc aksamitny sznureczek nie widziała sensu. Usiadła na podłodze i się porządnie zastanowiła.
Nie ma kręgu.
Nie ma Voldemorta.
Nie ma Seva.
Co jest? Odznaka.
Ale jeśli będę chodziła na aurorstwo to i tak mam całe dni wolne. Przecież ja oszaleję... wcale nie muszę chodzić. I tak już jestem aurorem, nowości się nie dowiem. Co teraz?
Po co narażać się na nieprzyjemne pytania? Niechciane sytuacje?
Jakby pod wpływem chwili zeszła do salony i stanęła przez Rosveltami.
- Yhym...wyjeżdżam.
- Co Katie?
- Wyjeżdżam.
- Kilka godzin temu dopiero wróciłaś.
- Wiem.
- Gdzie?
- Tu i tam...
- Wymigujesz się.
- Nie. Mam problem, z którym sobie nie radzę, więc wyjeżdżam.
- I to pomoże?
- Mam nadzieję. Mimo to jednak zrobię sobie tą wycieczkę. Dzięki za opiekę.
- Teraz?
- Tak. Cześć.



Błysk i nie ma jej. Nie musiała nic pakować. Wszystko mogła przywołać zaklęciem.
A jakby zrobić się ascetą? Umartwić swoje ciało? Otępić myśli?
Zaczęła się śmiać. Tak, śmiać.
Wiedziała gdzie chce dojść i jak zobaczyła znajomy widok uśmiechnęła się.
Puk, puk, puk.
- Ty?
- Ja.
- Widzę, że będziemy ze sobą długo. Wejdź.
- I się nie mylisz.
Weszła do ciemnego domu. Ogarnęło ją zimno termiczne. Dreszcz przebiegł po plecach. Zniknęło całe szczęście i resztki nadziei. Serce spowił stalowy lód, a usta posiniały.
Wpakowała się na całego...




- Gdzie ona jest? – Voldemort siedział wygodnie na kanapie, a obok niego napuszona Hermiona. Pytanie było kierowane do Amelii, która klęczała przed nimi.
- Nie wiem Panie. Powiedziała, że nie panuje nad czymś i musi coś załatwić. Znikła i nie widziałam jej już 8 miesięcy. Nikt jej nie widział. Przepadła jak kamień w wodę.
- Rozumiem... odejdź.



Wstał i ponuro wpatrzył się w ogień. Zdawał sobie sprawę jakiego bólu musiała doznać jego pierwsza córka. On ją odtrącił, odtrącił, a raczej zdradził ten podły skurwysyn. Przecież ona była bardzo uczuciowa. Tak strasznie się bał o nią. Czy jeszcze żyła? Była zdolna do samobójstwa. Mogła umyślnie się wdać w jakiś konflikt. Przeszukał cały świat i nigdzie jej nie znalazł. Nigdzie, prze nigdzie. Czyżby faktycznie już była martwa? Tak bardzo nie chciał dopuszczać tego nawet do myśli. Ale bądź, co bądź...nie było jej 8 miesięcy. Nie dała żadnego znaku życia.
Katie! Usłysz mnie! Tak bardzo Cie potrzebuje- krzyczały jego obolałe myśli.
Nawet jakby słyszała to i tak mnie nienawidzi...Kurwa mać! Po co ją spoliczkowałem?! I to jeszcze dwukrotnie...No po jaką cholerę?!
Przecież szukał ją już drugiego dnia, gdy znikła. Szukał każdego dnia. Szukali inni. A to wszystko na nic...Katie proszę wróć...



- Dużo osób oczekuje na Twój powrót Kats...
- Jestem gotowa?
- Nie. Jeszcze pobądź ze mną.
- Jak sobie życzysz.
Było nadzwyczaj dobrze. Myśli wyluzowane, zmysły czujne i brak żalu. I to wszystko osiągnięte w ciągu 8 miesięcy. Poduczyła się siły psychicznej. I nie tęskniła. Za nikim. Czasem myślała o nich. Ale na wspomnienia się kończyło.





Nigdy już....








komentarze [4]

wróciłam! >> wtorek, 6 stycznia 2009 19:05:25
Rozpinała guziki jego czarnej koszuli. Był bardzo spięty. Katie nie wiedziała czy jej dotyk go tak zniewalał czy to były okoliczności. Powoli zdjęła aksamitny materiał i zaczęła delikatnie pieścić kark mężczyzny.
- Wyluzuj się – wyszeptała i pocałowała leciutko jego prawe ramię. Objęła go i położyła głowę na ramieniu. Było jej dość niewygodnie, ponieważ wszystko to robiła od tyłu.
- Jesteś cała rozpalona. Nie było Cie aż pół roku. Dlaczego?
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Chcę.
Obeszła go i usiadła mu ukradkiem na kolanach. On natomiast ją mocno w pasie.
- Więc...zacznę może od początku. Na koniec roku dostałam przymusowo pewne zadanie...
- Co?
- Proszę nie przerywaj mi. Zadanie z owego kręgu. Było to coś na wzór Próby u Voldemorta. Tam jednak Próba trwała godzinę, u mnie zaś 6 miesięcy. Były to różne zadanie...-umilkła na chwilę
- Jakiego typu?
- Stanie tydzień w deszczu. Bez sensu, nie? A jednak tyle uczy...Rozmaite naprawdę. Myślałam, iż krąg jest dobry, Owszem silny i potężny, lecz dobry. Pomyłka była jak kubeł zimnej wody... potrafię zabijać, wiesz to, ale...po jednym zdarzeniu poprostu nie wytrzymałam psychicznie-mówiła to bezbarwnie, jej głos był całkowicie wyprany z emocji.
- Co to było?- widział, iż oczy Katie stają się ciemniejsze niż zwykle, iż zaciska w pięści swe delikatne dłonie. Iż z determinacją ściąga usta.
- 10-letnia dziewczynka. Zupełnie niewinna. Blond włosy...była taka przerażona...a oni ją porwali. Na moich oczach kazał jej się rozebrać. Ciął ją tępymi żyletkami, bił czy tylko popadnie...ranił boleśnie tak dziecko...a potem ją brutalnie zgwałcił....Ona nawet nie miała siły krzyczeć po tym. Najgorsze było to, iż kazał jej wypić Eliksir Czuwania...trzymało ją w pełnej przytomności i uczuleniu na ból. Rozumiesz to? Torturowali 10-letnie dziecko. Umarła skatowana, zgwałcona...boże...- Katie całkowicie zniosła się płaczem. Wtuliła się zapłakana w niego.
- Ciii...jestem przy Tobie. Już spokojnie- pogładził jej brązowe włosy. Powoli się uspokoiła i kontynuowała opowieść.
- To było chyba 4 miesiąca. Potem pobawili się mną i robili inne głupoty. Na koniec nie byłam. Pierwsze, co zrobiłam to przeniosłam się do Voldemorta. Pewnie zastanawia Cie, czemu akurat do niego. Powiem, lecz troszkę później.
Wyleczył mnie starannie, za co jestem m niezmiernie wdzięczna. Byłam równie dobrze skatowana co ta mała i jeszcze stanie w tym cholernym deszczu osłabiło mi strasznie organizm. Bardzo nalegał, abym została na noc, lecz stanowczo odmówiłam. Dalej?
- Tak.
- Nie jestem do końca pewna czy chcę, abyś to wiedział.
- To zależy tylko od Ciebie. Wiesz, że Ci bezgranicznie ufam Kats.
- Odmówiłam, ponieważ chciał mnie pocałować. Nie bądź taki zgorszony, zrobiłam z nim dużo gorszą rzecz. Lecz dość szybko się opamiętałam i pojęłam swój błąd, gdy pewnej nocy przyszedł się mną pobawić bez mej zgody. I od pewnego czasu zacząłeś się liczyć tylko Ty. Więc nie chciałam i postanowiłam delikatnie wyjaśnić sprawę. Ale delikatnie nie było. Powiedziałam, że mam innego mężczyznę. Wqrwił się strasznie i mnie uderzył. Po następnej mojej wypowiedzi znowu mnie spoliczkował i wyzwał. No i chyba tyle. Zanim coś powiesz wiedz, że nie robię lakonicznie mówiąc Ci prawdę. Doskonale wiem, że podpisuję na siebie wyrok. Myślisz teraz, że Cie oszukałam i jestem podłą szmatą. I nie mylisz się. Chcę jedynie dodać, że mi poprostu bardzo przykro z tego powodu. Przepraszam.
- I co ja mam z Tobą zrobić?
- A co być chciał?
- To.- przycisnął mocno swoje wargi do jej ust. Zaskoczona dziewczyna zaczęła oddawać mu gorące pocałunki. Przekręciła się i wylądowała głębiej w jego kolanach. Przylgnęła do nagiej klatki mężczyzny zatapiając się w namiętności całusów.
- Każdy popełnia błędy, czyż nie Katie?
- Tak – cichutko wyszeptała.
- Zrobił Ci coś?
- Nie. Nic wielkiego
- Nie zrozumiałem jednego...w tym kręgu. Czemu oni Cie torturowali?
- Zapytaj się ich. Ja pojęcia nie mam. Nie będę brać już udziału w łączeniach. Zadowoleni nie byli jak ich o tym poinformowałam, ale nic na siłę, więc pozdejmowali to wszystko ze mnie. Tylko teraz nie wiem co dalej.
- Chciałaś być aurorem. Pozatym Twój ojciec mnie zabije.
- Nie obawiaj się. Z kręgu została mi ta piekielna moc, więc mogę go w każdej chwili pokonać. Po drugie nadal nie wie, że to Ty jesteś tym innym skurwielem. I zadbamy o to, aby się nie dowiedział.
- Zrobimy jak zechcesz.
- Cudownie. A teraz wybacz, ale pójdę już do Rosveltów. Z tego co się orientuję Adam bardzo naciągnął dla mnie termin zdawalności, który kategorycznie powinien się już skończyć.
- Czy to dobre rozwiązanie? Nie jesteś w pełni sił...
- Nie martw się na zapas Kochanie.
- Więc będę trzymać kciuki.
- Doskonale- pocałowała go w policzek. Lecz odwrócił jej podbródek w swoją stronę i tak ją pocałował, aż zadrżała. Z nim nie było dziecinnych gierek. To był przecież prawdziwy mężczyzna, z każdej strony nieobliczalny.
- Zakochałem się w Tobie, wiesz?
- Chyba – uśmiechnęła się do niego
- Zmykaj niegrzeczna dziewczynko.
- Dziewczynko?
- Kobieto?
- Dużo lepiej Kochanie – pogłaskała go po policzku i pocałowała tym razem w czoło, poczym bezszelestnie znikła




Jestem pod wrażeniem panno Rosvelt. Jeszcze takiego talentu nie widziałem. Zero pomyłki, choćby najmniejszej. Będzie Pani doskonałym aurorem. Lecz co ja mówię? Juz Pani nim jest!- podał jej kilka pergaminów i czarną odznakę ze srebrnym A. Zawsze tego chciała. Miała to.
Nieśmiało uśmiechnęła się do urzędnika, który patrzył się na nią bardzo przychylnym wzrokiem.
- Dołączysz narazie do swojego rocznika. Wiele osób się starało, mało zdało.
- Kto należy do tej grupy?
- Niejaki Zambini, Malfoy. Potter, Mihigan, Grenger i jeszcze kilka osób. Nie pamiętam dokładnie nazwisk, bo to nie ja kieruję waszą grupą. Opiekę sprawuje Oliver Flint. Równie ambitny, co Ty. Chodź, a odrazu Cie przedstawię!
Pomaszerował przez siebie, a Katie powlokła się za nim. ?Jeszcze tylko tego brakowało, aby jej były uczył ją bycia aurorem. Stłumiła w sobie jęk i stanęła za mężczyzną, który przerywał właśnie wykład Flinta.
- Oliverze! Nie uwierzysz. Dołączam do Twej grupy jeszcze jedną osobę. Ale nie martw się, mądrością i siłą przewyższa nawet Ciebie. Ambitna, aż strach. Przedstawiam Ci...
- Cześć- z cienia wyszła Katie. Omiotła salę bezbarwnym spojrzeniem zatrzymując je chwilkę dłużej na Malfoyu.
- Katie? – Oliver nie mógł uwierzyć
- Tak. Nie poznajesz? – zapytała cynicznie
- Wy się znacie! Doskonale. Więc Katie zostawiam Cie w dobrych rękach i od dziś Oliver się Tobą zajmuje. Do widzenia!- urzędnik pomachał im na pożegnanie
- Do zobaczenia Amicylusie. Katie proszę usiądź.
- Przeszła przez salę i usiadła obok chętnego Malfoya. Podał jej szybko podręcznik
- Dzięki.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
Siedzieli tak przez godzinę słuchając Olivera. Lub trafniej ujmując próbując go słuchać. Draco podał jej karteczkę.
+ pogadamy?
^ nie teraz
+ dziś w Hogsmeade?
^ jak zawsze szybki...
+ proszę.
^ nie mogę dziś.
Dziś chciała się spotkać z pewnym Panem ;)
+ szkoda. Ale jakby co...to będę czekać w Gospodzie Pod Świńskim Łbem...może jednak/
- Koniec zajęć! – krzyknął Oliver i Katie była mu za to wdzięczna.
- Kats proszę zostań na chwilkę – a jednak nie był to ostateczny koniec
- Okey.
Zostali sami. Oliver i Ona,
- Myślałem, że już Cie nie zobaczę. Miła niespodzianka.
- Do rzeczy Oliver.
- Masz do mnie żal...spodziewałem się tego.
- Nie, nie mam. Poprostu śpieszę się gdzieś.
- No dobrze. Więc masz- podał jej kilka książek, 2 pudła i stosik pergaminów, a Katie odesłała to zaklęciem.
- Po co mi to?
- Wszystko jest w instrukcjach. Zapoznaj się z nimi.
- Dobrze.
- Nie zatrzymuje Cie. Do zobaczenia.

Teleportowała się lekko zrezygnowana na ciemną uliczkę. Brzoskwiniowa Alejka. To nazwy są naprawdę głupie- przemknęło jej przez myśl. Przecież tu nie rośnie ani jedna brzoskwinia! Przeszła jeszcze kawałem poczym zapukała w piękne dębowe drzwi.
- Katie! Nie spodziewałam się Ciebie- gorzko uśmiechnęła się na dźwięk tych słów, które słyszała już porad drugi raz tego dnia. Ale grymas zszedł z jej twarzy, gdy ją namiętnie pocałował.
Jego widok był zaskakujący. Cały na czarno i rozpięta koszula. Włosy spiął w kucyk i był zarumieniony. Nie wyglądał źle. Wręcz przeciwnie wyglądał bardzo pociągająco. Przeszli do salonu i po chwili Katie znowu siedziała mu na kolanach sącząc czerwone wino.
- Zdałaś?
- A jak myślisz?
- Katie nie drocz się ze mną. Myślę że zdałaś doskonale.
- I się nie mylisz..
- Czemu Cie tak długo nie ma? Ups chyba przeszkadzam – przerwała pewna ee kobieta. Katie pod wpływem nagłego impulsu wstała z kolan Seva i zmierzyła ją nieprzyjemnym spojrzeniem. Jasne było, iż dziś zastępowała Katie w miłosnych igraszkach. Najgorsze było to, iż kobieta wyglądała bez zarzutu. Dziewczynie zaschło w ustach i przez przypadek upuściła kieliszek z winem. Nie uśmiechała się już. Nie miała powodów do radości. Chciało jej się płakać i tyle. W tym ciężkim czasie, gdy wali jej się wszystko nawet jej ukochany ją zdradza z jakąś lafiryndą?! Cholera jasna!!!
- Ty...- wyszeptała patrząc się na rozkojarzonego mężczyznę.
- Katie to nie tak! Wytłumaczę.
- Nie trzeba Severusie – pojedyncza niepohamowana łza spłynęła po jej policzku. Gwałtownie się odwrócił i na chwiejnych nogach wybiegła z domu głośno trzaskając drzwiami.



W blasku ranka, w nocy cieniach
Ktoś się rodzi dla cierpienia
W cieniach nocy, w dniach jasności
Ktoś się rodzi dla CIEMNOŚCI...

komentarze [1]

>> niedziela, 26 października 2008 14:10:09
Przeraźliwe zimno biło z opustoszałej komnaty. Na marmurowej posadzce siedziała dziewczyna oparta plecami o ścianę. Wezwał ją do siebie, więc cierpliwie czekała. Wieczorem już miała pierwsze zaliczanie egzaminu, mimo jednak uczyć się chciała być z Voldemortem. Zobaczyć go, dotknąć.
Nigdy jeszcze nie była w tym domu. W ogóle to sama nie wiedziała czy jest pod dobrym adresem. Deportowała się do chwili od wezwania i może pomyliła domy. Z oddali usłyszała jakieś głosy.
- Czemu ona tu jest?
- Bo tego chciałem. To moja córka, nie zapominaj o tym. Opiekuj się matką, ja idę do Twojej siostry.
Uśmiechnęła się pod nosem z nikłego zadowolenia. Drzwi się cicho otworzył i do komnaty wkroczył Czarny Pan.
- Zostawiasz rodzącą żonę dla mnie? No, no bo się zawstydzę.
- Miło Cie widzieć. Czemu siedzisz w tym przeraźliwym zimnie?
- Bo nie chciałam używać czarów. Nie byłam pewna czy trafiłam pod właściwy adres- rzekła wstając, a w tym czasie Voldemort wyczarował piękny pokój. Ogień wesoło tlił się w kominku wokół, którego stały 2 krzesła. Katie usiadła na jednym z nich.
- Słusznie.
- Gdzie jesteśmy?
- Dawny dom Mirandy i mój. Stwierdziłem, że będzie lepiej jak zamieszkamy razem.
- Całkiem ładny.
- Dzięki. Ten pokój urządzałem sam.
- Twa sypialnia?
- Nie. Twoja.
- Ale przecież ja nie mieszkam z wami.
- Skąd wiesz co się zdarzy.
- W gruncie rzeczy nie wiem.
- Podoba Ci się?
- Tak. Urocza- jej czujny wzrok był wpatrzony w ogień. Patrzyła się zafascynowana w płomienie.
- Razisz sobie w kręgu?
- Oczywiście.
W oddali rozległ się głośmy płacz dziecka.
- Gratuluję Voldemort, zostałeś po raz kolejny ojcem.
- Dzięki.
- Nie mówisz tego z zadowoleniem...
- A czego się spodziewałaś?!
- Spokojnie. Przecież jesteśmy po tej samej stronie- uścisnęła mu delikatnie dłoń.
- Przepraszam. Ostatnio ciągle chodzę rozłoszczony i wyżywam się na ludziach. Głównie na Hermionie.
- A masz powody do tego?
- Mam.
- Więc nie wiem o co robisz problem. Widać zasłużyła. Tak poza marginesem to ona nie jest z Malfoyem. Przed Tobą udają. Rzuciła go, bo zakochała się z najmłodszym, a jakże błyskotliwym Weasley’u. A Malfoya szantażuje.
- Porozmawiam z nią o...- reszta jego słów upłynęła w hałasie, który spowodował się w komnacie. Bez pukania weszła Hermiona z bladą jak ściana Mirandą, która ledwo co szła. W ramionach trzymała małe zawiniątko, które na chwilkę opuściło ręce matki i trafiło na kolana Voldemorta. Był to chłopczyk. Śliczny, mały szkrabek. Po chwili zaczął płakać, a zdezorientowany Czarny Pan podał dziecko Katie. Nie zrobił tego delikatnie, a to spowodowało większy płacz. Dziewczyna zaczęła go delikatnie kołysać i głaskać po główce. Natychmiast się uspokoił i jego malutka piąstka zacisnęła się na wskazującym palcu Kats. Brązowe oczka patrzyły się na dziewczynę jak na cud świata.
- Witaj na świecie...Scorpiusie- wyszeptała prawie niesłyszalnie. Nie mogła oderwać wzroku od swojego małego brata. Był taki niewinny...
- Gratuluję- oddała niechętnie dziecko Mirandzie. Następnie usiadła na fotelu i już w całkiem ponurym nastroju zamyśliła się.
- Scorpius. Będzie mieć na imię Scorpius- rzekł Voldemort
- Ale...ale myślałam, że nazwiemy go Merid po moim ojcu i pradziadku
- Scorpius- przerwał zakańczając dalsze dyskusje.
- Dobrze.
- Idź się połóż. Hermiona z Aną zajmie się dzieckiem.
- A Ty?
- Ja jestem zajęty.
- Myślałam, że mi pomożesz w...
- Sama sobie poradzisz-znowu jej przerwał zabójczym tonem.
- Nie. Nie róbcie sobie kłopotów. Wracam do Hogwartu, mam dziś egzaminy. Odprowadzisz mnie Voldemort?- do rozmowy wtrąciła się Katie
- Jak najbardziej.
Rozjuszony mężczyzna wziął ją delikatnie za rękę i podciągnął do siebie. Uśmiechnęła się jeszcze raz do swojego braciszka i wyszła za Voldemortem.
- Czemu go tak nazwałeś?- zapytała cicho, gdy byli już daleko od jej sypialni.
- Wpadło mi przypadkiem do głowy.
- Dziękuję.
- Zostań jeszcze.
- Znowu nie mogę. Mam egzamin.
- Hermiona nie ma. Puścili ją do domu na 3 dni.
- Ale ja w tym roku miałam więcej przedmiotów niż ona. Ponad dwa razy więcej. Abym potem nie zdawała po sześć egzaminów dziennie zaczęliśmy wcześniej.
- Będzie dobrze wyglądało w Twojej kartotece. Ambitna i zdolna.
- Można wpłynąć do Ministerstwa nie tylko siłą.
- Ale gdybyś potrzebowała jakiejś pomocy wystarczy słówko. Zapomniałem...przecież Adam jest tam na wysokiej pozycji. Będzie dumny, iż jego córka oficjalnie wzmocni szeregi Aurorów.
- Może...
- Czemu nigdy nie potrafisz odpowiedzieć konkretnie?
- Nie rozmawiamy dużo ze sobą. Są sprawy, o których chcą wiedzieć, a ja natomiast nie mam ochoty im ich powiedzieć.
- Więc nikomu nie ufasz?
- Ufam, ale po części. Poprostu wiem, że mnie nie zrozumieją. Iż gdy powiem, że przez przypadek zabiłam siedem osób to będę postawiona już z złym świetle. Rozumiesz?
- A zabiłaś?
- A jak myślisz? Przeraża ich zbytnia władza. Myślałam, że ich nauczyłeś odrobiny potęgi, lecz się pomyliłam.
- Zabijanie nie jest Ci obce?
- Nie Voldemort nie jest mi wcale obce. Wręcz przeciwnie.
- Zabijanie jest potrzebą. Nie ma w sobie nic niegodnego.
- To miłe uczucie, gdy ktoś Cie wreszcie nie potępia- uśmiechnęła się słabo.
- Co się dzieje? Widzę po Tobie, że jest źle, bardzo źle.
Dziewczyna oparła głowę o jego ramię.
- Bo jest źle. Coraz częściej myślę, że już nie dam razy. Kolejny dzień coraz bardziej mnie przygnębia. Nie czuję się potrzebna nikomu. Tylko ratuję ciągle ten cholerny świat. Ale co z tego mam?
- Siłę? Władzę?
- Wiesz, że to nie wszystko. Nie istniejemy bez słowa miłość Więc co ja tu robię- zamilkła przegryzając wargę.
-Przepraszam nie wiem co się ze mną dzieję. Po co ja w ogóle Ci to mówię. Chyba dlatego, że jesteś najbardziej zaufaną osobą. Jeśli nie miałbyś nic przeciwko chciałabym jeszcze odwiedzić Scorpiusa i Ciebie oczywiście.
- Zamieszkaj ze mną...
- To się nie uda. Uwierz mi. A teraz znikam.
- Powodzenia w egzaminach. Nie mogę się doczekać kiedy znowu przyjdziesz...
Dziewczyna uśmiechnęła się na te słowa. Pocałowała go w policzek i wyślizgnęła palce z jego uścisku.
- Katie?
- Tak?
- Jesteś mi potrzebna. Bardzo.
Rozległ się błysk. Lawirowała w swoich światach.

______________________________________________________________________


Gratuluję wam wszystkim! Kolejny rok dobiegł końca, nowi uczniowie przybędą za 2 miesiące do naszej , a z ostatnim rocznikiem będziemy musieli się pożegnać. Jestem dumny z waszych wspaniałych wyników i mam nadzieję, że spełnią się wasze wszystkie marzenia po opuszczeniu murów szkoły. A teraz smacznego! – zakończył swe długie przemówienie Dumbledore i zaczęła się uczta. Katie bardzo chciała odwiedzić swojego malutkiego braciszka. Przez tych kilka chwil bardzo się do niego przywiązała. Lecz jednak pulsowała w niej złość, ponieważ jej plan poszedł z dymem. Odrazu po wyjściu ze szkoły miała się spotkać z mistrzem na jakieś sprawdzenie. W głowie się jej nie mieściło po jaką cholerę?! Łączę już ponad rok i teraz będą mnie sprawdzać.
- Stało się coś?- zapytał szeptem, który również był w podłym nastroju.
- A co Cie to?
- Chciałem pomóc
- Jak zawsze...
- Spokojnie
- Nie uspokajaj mnie- wysyczała jadowicie przez zaciśnięte zęby.
- Jak chcesz. Spotkamy się na wakacjach?
- Może. Nie wiem.
Niecierpliwie czekała na słowo żegnajcie. Wreszcie, gdy je usłyszała pośpiesznie wstała i podążyła pośpiesznie do dormitorium z listem w ręku.


Tak jak obiecałam miałam zaraz po szkole przybyć do Ciebie. Lecz jednak nic z tego nie będzie. Chcą mnie sprawdzać w kręgu i sama nie wiem ile to potrwa. Przykro mi...liczyłam na to spotkanie. Gdy tylko będę mogła zjawię się.
Sam-Wiesz-Która




Wysłała sowę do Voldemorta , przeniosła zaklęciem bagaże do domu Rosveltów i razem z innymi wyszła poza tereny szkoły nie oglądając się ani razu. Lecz jednak zamiast pojechać pociągiem to odrazu deportowała się do siedziby kręgu.
- Jestem- przywitała się gorzkim tonem
- Wspaniale Xaoo. Pewnie Cie zastanawia po co zostałaś wezwana teraz, a nie wcześniej. Albowiem musisz przejść testy.
- Testy na co?
- Na ból, wytrzymałość, cierpliwość itp.
- Ile one potrwają?
- 6 miesięcy
- Nie da się tego jakoś przełożyć?
- Sprzeciwiasz mi się?!
- Nie. Ależ skąd.
- Więc będziemy zaczynać.
- Dobrze....

komentarze [6]

I'm Gueen off Steel. >> wtorek, 23 września 2008 16:25:09
Siedziała w bibliotece, czytała książkę. A raczej bezmyślnie się patrzyła w pojedyncze literki zatopiona w swoim własnym świecie. Było dobrze, lecz jednak było też źle. Nie dawało jej spokoju ostatnie pytanie zadane przez Voldemorta. Nie chciała tego.
Owszem miała do niego żal, ale...jak to uparcie powtarzał była jego córką. I mimo tylu niepowodzeń było dobrze. Urywała się w nocy na potajemne spotkania, dużo rozmawiali, a tak? Był sprawy, które mogła powiedzieć tylko Voldemortowi.
Cicho wstała i wyszła z zamku, Mimo, iż było już późne popołudnie słońce upalnie świeciło. Postanowiła znowu nielegalnie wyjść z Hogwartu n ulicę Pokątną. Musiała jeszcze wstąpić do Borgina i Burkesa gdzie czekał na nią ważny list. Wcześniej nie miała czasu, aby go odebrać. Niezauważona wyszła tym samym wyjściem co zawsze i w ciągu chwili była na Śmiertelnym Nokturnie.
- Dzień dobry! W czym mogę panience pomóc? – powitał ją skrzeczący głos przy wejściu do sklepu.
- Masz coś dla mnie Borgin i dziś chcę to dostać.
- Czy mówimy o...?
- Tam mówimy o tym. Pośpiesz się!- przerwała mu brutalnie
Po chwili wyszła ze sklepu z listem schowanym w głębi szaty. Szła powoli uliczką patrząc się na odrażające witryny sklepów. Nokturn, aż zionął ciemną stroną...po chwili zatrzymała się i odwróciła. Miała bardzo silne wrażenie, iż ktoś ją bacznie obserwuje. Lecz nie zobaczyła nic podejrzanego i szła nadal. Jeszcze raz się odwróciła upewniając się w przekonaniu, że ktoś ją śledzi. Weszła w ciemny zakamarek ukryła się i rzuciła zaklęcie rozpoznania i schwytania. Po chwili postać wiła się w niewidzialnej sieci. Chcąc się tylko dowiedzieć kim jest ta osoba złapała ją za rękę i deportowała się do pokoju w którym ostatni raz rozmawiała z Voldemortem. Musiała zniknąć, bo i tak już wywołała zbytnie zainteresowanie swoją osobą na Nokturnie. Pchnęła osobę- mężczyznę na krzesło i zwróciła się do niego.
- Nie wiem co Ci strzeliło, aby za mną łazić, ale pożałujesz tego.
- Nie wątpię Katie...
- Voldemort?- zapytała dziewczyna z niedowierzaniem
- Zdejmij zaklęcia ze mnie. Bolą jak cholera.
- Mają boleć- posłusznie cofnęła uroki
- Dziękuję.
- Nie ma za co. Nie pomyślałabym, że to możesz być Ty.
- Zachowałem wszystkie środki ostrożności, byłem doskonale ukryty, ale jednak...
- Wyczułam Cie. Nie osobiście Ciebie, ale kogoś. Czemu mnie śledziłeś?
- Nie śledziłem.
- Czyżby?
- Tylko pilnowałem. Chciałem zobaczyć gdzie idziesz.
- I co taką satysfakcję Ci to sprawiło?
- Tak. Bo warta stała już od 2 tygodni. W końcu musiałaś się zjawić u Borgina.
- Wiesz po co u niego byłam?
- Wiem. Pokazał mi to.
- Niech zgadnę chciałeś otworzyć?
- Chciałem- pokazał dziewczynie blade dłonie całe w szramach, z których nadal sączyła się krew.
- I teraz masz karę. Ja mogę to tylko otworzyć komuś innemu staje się krzywda. Bardzo boli?
- Szczerze to tak. Mimo tego, iż jestem odporny na ból to jednak on mi doskwiera. A najgorsze jest to, że nie mogę tego w żaden sposób wyleczyć.
Katie uśmiechnięta podeszła do niego i delikatnie ukradkiem siadła na jego kolanach. Zdjęła rękawiczkę i zimnymi palcami zaczęła przecierać po ranach. Ona natychmiast jakby na rozkaz zaczęły się goić.
- Czemu to robisz Katie?
Nie dostał odpowiedzi.
- Czemu Katie?!- przycisnął ją mocno przytulając się do jej lodowatego policzka. Przymknęła zmęczone powieki i oparła się o niego. Całkowicie wtopiła się z te silne, ciepłe ramiona czując się choć trochę bezpieczna. Jej odwieczna maska spadła pozostawiając Katie samej sobie. Zawsze silna teraz słaba, niepozorna, tak bardzo czuła. Wtuliła się mocniej w zaskoczonego mężczyznę, a po chwili rozpłakała się. On ją rozumiał...wiedział, że w końcu nie da sobie sama rady. A teraz miał ją bezradną i zapłakaną na kolanach. Po chwili się uspokoiła i już tylko pojedyncze łzy spływały po błyszczących bladych policzkach.
- Bo nie chcę, abyś cierpiał.
- Mimo tego co zrobiłem?
- Niewiele nas różni. Możesz wykorzystać chwilę mojej słabości i się odegrać za to co ja robiłam.
- Pokazywałaś na co Cie stać. Lubię wykorzystywać sytuację, lecz nie tą.
- Czemu?
- Bo jestem Twoją córką.
- Nie tylko, ale głównie.
- A tamten wieczór?
- Jak mówiłaś zapomnijmy o nim.
- A jeśli nie umiem zapomnieć?- jej usta delikatnie całowały szyję Voldemorta.
- Nie, Katie proszę przestań. Tego wieczoru nie powinno być.
- Nie graj grzecznego tatusia, bo i tak tego chcesz. Mówisz, ale sam w to nie wierzysz- odparła rozdrażniona, wstając.
Nie myśląc długo Czarny Pan również wstał i zaciągnął dziewczynę na łóżko. Tym razem on był górą i on pierwszy zaczął ją całować. A Katie całkowicie mu się podporządkowała na tą chwilę. Po chwili opadł na poduszki zdziwiony swoim zachowaniem. Popatrzyła się na niego z uśmiechem.
- Za późno na żal do siebie. A żałować chyba nie masz czego.
- Katie...-znowu był nad nią trzymając mocno za nadgarstki.
- Taak?
- Przestań.
- Nie Voldemort.
- Czemu?
- Bo tego nie chcesz.
- I w tym masz rację- znowu ją pocałował. Tylko, że dłużej i namiętniej. Tracił zmysły i bariery przy niej. Nie potrafił już się zdobyć na kontrolowanie siebie, bo liczyła się tylko Ona.
- I widzisz miałam rację mówiąc, iż na ojca się nie nadajesz. Ale jednak.
- Jednak co?
- Nic, nic.
- Powiedz.
- To jest naprawdę nieważne. Muszę iść.
- Już?
- Źle się wyraziłam. Ja nie muszę, lecz Ty chyba musisz. Miranda pewnie znowu niedobrze się czuje, ciąża jej doskwiera.
- Skąd wiesz, że będziemy mieć kolejne dziecko?
- Tajemnica – odparła z czymś na rodzaj uśmiechu.
- Niedługo będzie rodzić.
- Yhym.
- Zjawisz się?
- A po co ja?
- Jesteś moja córką.
- Która o mało co jej nie zabiła. Czemu ciągle, aż do znudzenie powtarzasz, że jestem Twoją córką?!
- Chcę, abyś była przy mnie, bo przez tych kilka miesięcy nie mogłem sobie dać rady. Brakuje mi Ciebie. Lepiej?
- Dużo. Miło mi.
- Tylko tyle?
- A co jeszcze chciałbyś?
- Proszę bądź wtedy.
- Będziesz mieć przecież Hermionę.
- Chcę Ciebie.
- Czemu akurat mnie?
- Bo tak. Proszę.
Patrzyła mu się prosto w oczy. Razem ze zmianą wyglądu zmienił się ich kolor. Czerwień została zastąpiona urzekającą zielenią.
- Kochasz ją prawda?- zapytała szeptem tracąc nagle pewność siebie
- A skąd to pytanie?
- Czy jest tak ważna, że dla niej zmieniłeś się radykalnie? Co ona ma w sobie, a czego mi brak?
- Katie...
- Nie! Mam już tego dość. Odpowiedz mi dlaczego.
- Myślisz, że dla niej się tak zmieniłem?
- A nie?
- Nie?
- Dla kogo?
- Dla Ciebie Głuptasie.
- Nie patrzyłam się na wygląd.
- Próbowałem Cie zabić...
- Nie da się ukryć. I prawie się udało.
- Przepraszam.
- Nie ma za co. Nauczyłeś mnie bólu. Litości to Ci niekiedy brakuje...
- Nie chciałem źle przecież.
- Wiem.
- Nie lubisz Mirandy?
- Mało powiedziane.
- A co do mnie czujesz?
- Odpowiedz sobie sam.
- Kochasz?
- Może. A teraz naprawdę muszę iść do Hogwartu. Wezwij mnie, gdy będę Ci potrzebna.
- Zjawisz się?
- Może...

komentarze [6]

No to K A P L I C A ;(( >> poniedziałek, 1 września 2008 19:30:59
Sobota. Wszystko ok, więc czemu mam nie iść. Chcę ich zobaczyć.
Znowu wyszła do Hogsmeade. . I stamtąd teleportowała się do Road Black 7. Powitał ją widok rodziców na kanapie w tej samej pozycji co wczoraj i zaspanej Pelagii.
- Pobudka śpiochy. Już prawie południe.
Wszyscy się nagle rozbudzili, a Katie przysiadła obok Pel.
- Były jakieś kłopoty?
- Nie żadnych Katie.
- To dobrze.
- A Ty?
- Co ja?
- Walczyliście?
- Tak
- Jak wyszło?
- Tom się poddał. Jak wychodziliśmy z 7 śmierciożerców było przytomnych. Resztę załatwiliśmy nie odnosząc żadnej krzywdy.
- Oh jak mi ulżyło. Nie wiedziałam co się dzieje, więc czekaliśmy do rana.
- Trzeba było powiedzieć, a wysłałabym sowę. A teraz bardzo Ci dziękuję możesz wracać, bo pewnie już Cię wzywali.
- Owszem. Lecz chciałam poczekać na Ciebie. Jakbyś czegoś potrzebowała to wołaj- i znikła.
Katie spojrzała z uśmiechem na Rosveltów.
- Jak samopoczucie?
- Martwiliśmy się o Ciebie.
- Niepotrzebnie.
- Szłaś tam dla nas...
- Nie. Szłam dla siebie. Na początku dałam jasno do zrozumienia, że macie być cali i zdrowi, a Miranda nadszarpnęła tą umowę. Automatycznie ja nadszarpnęłam umowę z Voldemortem. A między łącznikiem, a łączonym musi panować względny spokój.
- Walczyłaś z rodzicami...co teraz zrobisz?
- Szczerze to pojęcia nie mam. Chyba zamieszkam z Pel, wpłynę do Ministerstwa. Dalej nie wiem.
- Nadal nosisz nasze nazwisko...nie chciałabyś zamieszkać razem z nami? Nie musielibyśmy być Twoimi rodzicami, lecz chociaż opiekunami zastępczymi. Co Ty na to?
- Naprawdę? Mówicie serio?
- Oczywiście, jak najbardziej serio. Bylibyśmy zachwyceni.
- Zgoda. Bardzo chętnie.
- Bo chcemy Cie chronić przed nim...
- Nie potrzeba mi ochrony żadnej, ale razem będzie skuteczniej jakby co.
- Jakby co?
- Tak. Bo on nie zaatakuje. Boi się poprostu. Wie, że mogę go pozbawić mocy, a sama jestem chroniona i wspomagana. Mam po swojej stronie ludzi, którzy w ciągu minuty mogą zetrzeć jego śmierciożerców z powierzchni ziemi. Nie popełni drugi raz tego samego błędu.
- Tak nam Ciebie brakowało...będzie już inaczej.
- Ale uprzedzam. Jestem w kręgu i nie przebywam z dobrymi ludźmi. Dużo się zmieniło...
- Wiemy.
Wszyscy się uśmiechnęli. Katie wstała.
- Muszę wracać. Po tym co wczoraj się stało wątpię, aby Malfoy mnie nadal krył. A nie chcę mieć teraz jakichkolwiek kłopotów. Rozumiecie to, prawda?
- Oczywiście. Uważaj tylko na siebie. Kochamy Cię.
Dziewczynie zrobiło się miło. Dawno nie słyszała tych słów...



- Mamy Cię!- 4 zaklęcia wystrzeliły w Katie nim weszła na korytarz 7 piętra. Nie myliła się w założeniach, iż nastąpi atak na nią. Lecz szybko odepchnęła zaklęcia i stała się niewidzialna.
- I pomyłka Malfoy. Grenger możesz zdjąć niewidkę i tak Cię widzę. Nie pogratuluję wam. Nie dość, że jest was czwórka to mnie i tak nie dorwiecie. Ani dziś, ani nigdy.
- Już wkrótce.
- Szukacie kłopotów? Nie radziłabym
- A co nam zrobisz? Spróbujesz zabić jak własną matkę?- wykrzyczała Hermiona
- Dobry pomysł. Myślałam o czymś drastyczniejszym, ale i to może być. A teraz posłuchajcie mnie dobrze, bo nie mam zamiaru powtarzać. Przekażcie Voldemortowi, aby dał sobie spokój, bo ze mną nigdy nie wygra. A jeśli chce się pozbyć Ciebie Grenger to mogę mu to umożliwić. Niech nauczy się przegrywać. A jeśli chce mnie zabić to dam mu na to okazję. Kolejną okazję. Nie chcę wam robić krzywdy, lecz jeśli wejdziecie mi w drogę to zrobię ją bez wahania .- odeszła od nich. Jest słowa wywarły odpowiednie wrażenie.

Leżała na łóżku w dormitorium. W palcach obracała delikatnie różdżkę. Wchodzący do pokoju chłopak zmierzył ją ponurym spojrzeniem.
- Popełniłaś błąd Katie.
- Nie. Wy po popełniliście.
- Zemścisz się?
- Jeśli będę miała ochotę...
- Nie boisz się?
- Czego mam się niby bać Malfoy?
- Że Cię zabiję w nocy jak będziesz słodko spała.
Dziewczyna roześmiała się. Ten śmiech mroził krew w żyłach.
- Możesz pomarzyć Draco.

Zegar wybijał cicho dwunastą. Zamek był cichy, uśpiony, wszyscy w łóżkach. Lecz 2 osoby nie spały. Malfoy powoli sięgnął po różdżkę. Ale nie było jej na stoliku, a tam ją kilka godzin temu położył.
- Problem jakiś? – zapytała ironicznie Katie zaskakując chłopaka
- Myślałem, że śpisz. Gdzie moja różdżka?
-- Rano napewno się znajdzie...
- Oddaj mi ją!
- Jak sobie życzysz. Petrificus Totalus- razem z różdżką rzuciła na niego zaklęcie. Dobranoc Malfoy. Rano uwolnię Cię spod rangi zaklęcia. Śpij spokojnie, a ja będę czuwać nad naszym bezpieczeństwem.
Wokół jej i łóżka roiło się od zaklęć obronnych. Lecz jednak wolała zablokować ataki Malfoya. Tak na wszelki wypadek...

komentarze [5]

,... >> środa, 20 sierpnia 2008 10:23:27
4 miesiące później

Siedziała z Hermioną pod drzewem koło jeziora. Ostatnio często spędzały ze sobą czas. I świetnie się dogadywały.
- Katie może już czas, aby pójść do ojca? Nie widzieliśmy go aż 4 miesiące. Musisz dzisiaj wyjść?
- Nie, wczoraj byłam łącznikiem. Zrobimy jak zechcesz. Możemy iść.
- Świetnie. Będzie niespodzianka. Nic mu nie mów.
- Ok.
- Pod portretem, tak?
- Tak.
- O której?
- Dwunasta?
- Może być.
- Więc ustalone.
- Katie coś jest nie tak prawda? Odkąd jesteśmy w Hogwarcie zmieniłaś się. Jesteś ciągle przygnębiona, wcale się nie uśmiechasz. Co się dzieje? To przez Olivera? Brakuje Ci go?
- Trochę. A nawet bardzo. Ale to nie przez niego. Zresztą nieważne. Przejdzie. Nie zwracaj uwagi.
- Jesteś przecież moją siostrą. Nie będę obojętna. Mogę jakoś pomóc?
- Dziękuję, ale nie. Teraz proponujesz mi pomoc...pamiętasz jak mnie nienawidziłaś? To były czasy...
- Nie. Nigdy Cie nienawidziłam. Nie lubiłam, bo zawsze byłaś lepsza.
- Oj nie zawsze...
- Zawsze. To Ty jesteś jego dumą. Wielka czarownica, która ciągle idzie dalej.
- Idzie dalej...nie zna miłości, ani prawdziwej przyjaźni. Obraca się tylko w ciemnych kręgach. Ma moc, która ją czasem przekracza. Czuje się sama na tym świecie...nic mi po tej dumie Hermiono. Nawet nie wiesz jak bardzo chciałabym być na Twoim miejscu. Zaznać trochę szczęścia, a nie ciągłej goryczy porażki...
- Katie...-Hermiona płakała. Mocno się do siebie przytuliły. Nie patrzyłam na to z takiej strony...myślałam, że masz fajnie.
- W krzywym zwierciadle to może i mam fajnie....czasem nachodzi mnie ochota, aby poprosić śmierć o przysługę. Aby choć raz zabrała mnie dalej niż kiedykolwiek...nieraz mam dość.
- Nie myśl o tym...proszę.
W stronę dziewczyn szedł Draco.
- Pójdę już. Widzimy się wieczorem- rzuciła Katie na odchodne. Poszła się chwilę przespać.

Dziewczyny razem weszły na górę. Lecz Lucjusz powstrzymał ich przed wejściem do komnaty.
- Trwa jeszcze spotkanie -za drzwiami rozległy się przeraźliwe krzyki. Katie znała ten głos.
- Lucjuszu przecież również możemy posłuchać. Wpuść nas- Hermiona nie czekając na zaproszenie weszła, a Katie powlokła się za nią. Przy stole siedzieli śmierciożercy z Voldemortem, a matka dziewczyn torturowała jakąś kobietę. Hermiona z sykiem odwróciła się od tego masakrycznego widoku, a Katie stała...poznała tą kobietę w kałuży własnej krwi. Widziała te błagalne spojrzenie Amelii Rosvelt.
Nim minęła sekunda zastanowienia Katie bez użycia różdżki powstrzymała kolejny atak Mirandy.
- Ty suko...umiesz tylko się znęcać nad bezbronnymi? – wysyczała Katie i rzuciła kolejnego Cruciatusa w stronę Mirandy.
- Katie dość! Zabijesz własną matkę! – krzyknął Voldemort.
- Nie. Ta szmata nie jest moją matką. Nie powstrzymasz mnie.
Rzuciła kolejne zaklęcie. Teraz to ona, Miranda wrzeszczała z bólu. Tymczasem Katie podeszła do poprzedniej torturowanej kobiety.
- Czemu to zrobiłaś?- wychrypiała osłabiona i przerażona Amelia.
- Możesz wstać?
- Mogę chyba. Katie uwa...słowa się urwały. Tym razem to Katie dostała zaklęciem. Nie było ono silne, bo chroniły ją magiczne zabezpieczenia łączników, lecz jednak nie do końca. Dziewczyna wypluła krew z ust i zaczęła walczyć z Mirandą. Włożyła w ten pojedynek całą swą moc, a z nią nic nie mogło się równać. Miranda padła nieprzytomna po chwili. A Katie była jak w amoku. Ona chciała zabić kobietę, która się mną opiekowała 17 lat...która mnie kochała, poznawała z życiem. Przecież Katie całe swoje życie wiązała z Amelią. Była to najwspanialsza osoba w jej życiu. I teraz miałaby patrzeć jak Amelia umiera?! Wolałabym sama zginąć. Nigdy tylko nie ona!
Jeszcze raz popatrzyła się na nieruchomą Mirandę. Chciała jej zadać jeszcze więcej bólu...a nawet zabić tą szmatę.
Pomogła wstać Amelii i zapytała-
- Ami gdzie jest Adam? Tutaj?
- Nie, nie ma go tutaj – odrzekł Voldemort.
Popatrzyła się również na niego z zawiścią.
- Pożałujesz tego Tom. Myślałam, że jesteś na tyle rozsądny, aby ze mną nie wchodzić na ścieżkę wojenną. Trzymaj śmierciożerców z daleka od rodziny Rosveltów –powiedziała cicho. Wszyscy patrzyli się na nią z lękiem. Wyglądała groźnie. Była groźna.
Wzięła za ramię Amelię i się teleportowała do swojego dawnego domu. Wylądowały w salonie.
- Crucio!
Katie szybko zagregowała i skierowała zaklęcie w regał z książkami.
- Adamie to my! Spokojnie.
- Katie? Co Ty tu robisz? –próbował wstać z kanapy. Dziewczyna obok niego posadziła jego żonę. Uklęknęła i popatrzyła się na torturowane małżeństwo.
- Ona mnie uratowała...bez chwili wahania odwróciła zaklęcie i potem zaczęła walczyć. I On powiedział, aby przestała...ale nie posłuchała. Byłabym już martwa gdyby nie Katie- odpowiedziała Amelia słabym głosem.
- Katie...czemu to zrobiłaś? Tak bardzo Ci dziękuję, że uratowałaś moją żonę.
- Pamiętacie jak powiedzieliście mi, iż jak będę miała problem to mogę do was przyjść, a pomożecie mi z całych swoich sił? Ta zasada była również w drugą stronę. Czemu mnie nie zawiadomiliście? Nie byłoby takiej sytuacji. I Adamie...oddałabym za nią życie. Nadal traktuję ją jak swoją matką i nie pozwolę, aby cierpiała. Musiałam coś zrobić za wszelką cenę. Pożałują tego wszyscy. Uwierzcie mi. Nie będą wam już więcej zadawać bólu. A teraz siedźcie spokojnie, wyleczę was.
Podbiegła do kominka i wrzuciła jakiś złoty pyłek. Nachyliła się i powiedziała głośno.
- Pel?! Potrzebuję Cię pilnie. Zjaw się jak najszybciej w domu Rosveltów.
Nim minęła minutka rozległ się trzask aportacji oznajmiający przybycie Pelagii.
- Katie co się dzieje?
- Potrzebuję pomocy. Muszę ich wyleczyć, a wiesz, że nie jestem dobra w tej dziedzinie. Pokierujesz mnie. Dasz radę?
- Oczywiście.
- No to na górę do mojego pokoju po eliksiry i zaczniemy.
Szybko zeszły z mnóstwem buteleczek. Obydwoje Pani zaczęły mruczeć zaklęcia i po jakiejś godzinie Rosveltowie czuli się dobrze.
- Jak możemy się odwdzięczyć? Tyle dla nas robicie – Adam był wzruszony.
- Szybko zdrowiejcie. Pel mam kolejną prośbę. Zostaniesz z nimi na noc?
- Jak najbardziej. A Ty?
- Ja idę wyrównać rachunki.
- Sprawka Toma?
- Poniekąd.
- Uważaj tylko.
- Jasne.
- A więc Adamie i Amelio wpadnę do was jutro. Dla waszego bezpieczeństwa Pelagia zostanie z wami na noc. Mam nadzieję, że czujecie się już lepiej.
- Kats...proszę nie idź do niego...
- Nie bójcie się o mnie. Mam dodatkową moc –wsunęła na palec pierścień kręgu.
- Ale ich jest więcej. Nie dasz rady wszystkim.
- Dałabym, ale ostrożności nigdy za wiele.
Znowu podeszła do konika i znowu wrzuciła złoty pyłek.
- Ems. Git. Patrick. Sekwan. Camill. Diana. Ashley. Vanessa. Już.
Odwróciła się do reszty.
- I widzicie sama nie będę. Po mojej stronie są najpotężniejsi i najwierniejsi czarodzieje wszech czasów –powoli wokół Katie pojawiały się przeróżne osoby. Tych co Katie wezwała zjawili się.
- Cieszę się, iż was widzę. Chcę od was pomocy, ponieważ ktoś zrobił coś czego nie powinien. Możecie się wycofać, bo idziemy do samego Voldemorta. Nie zabijajcie tylko pokażcie klasę prawdziwej magii. Gotowi? Więc do dzieła.
Rozległ się oślepiający błysk i już ich nie było.
- Czy oni...
- Nie Adamie. Nie ma potężniejszej osoby od Katie. Jej przyjaciele też sprawują ogromną siłę. Razem pokonają każdego. Nie martwcie się. Ona robi to dla was. Nie zasłużyliście na jakikolwiek atak.



8 zakapturzonych postaci pojawiło się w komnacie. Nastąpiło pełne zaskoczenie Voldemorta. Nie spodziewał się wizyty wrogów. Lecz szybko sprowadził swoich śmierciożerców, którzy ustawili się w kręgu blokując drogę ucieczki przybyłym.
- Nie zamierzamy uciekać...
- A więc jednak Katie.
- Mówiłam, że pożałujesz.
- Nie wziąłem sobie tego do serca.
- I Twój błąd.
Podniosła różdżkę i walka rozgorzała na dobre. Dla Katie świat przestał istnieć. Liczył się tylko Voldemort, z którym oczywiście się pojedynkowała. I miała przewagę. Nie mogło być inaczej, ponieważ chroniła ją przynależność do kręgu. Nagle koło niej pojawiła się Miranda...Diana już ją nieźle urządziła. Katie pod wpływem impulsu wycelowała różdżkę w Mirandę i...
- Za moich rodziców suko... Sectumsempra!
\Kobieta zszokowana padła na ziemię. Krew z niej szybko uciekała. A walka pomiędzy Kats, a Voldemortem nadal trwała.
- Koniec.
Cisza zaległa w pokoju. Śmierciożercy, którzy jeszcze byli przytomni opuścili różdżki.
- Szybko Tom. Ale myślę, iż to słuszna decyzja. I tak byś przegrał. A mogło być inaczej...- popatrzyła zawistnie na kobietę w kałuży krwi. Jeszcze chwilę...jeszcze kilka minut a będzie martwa...Kats teraz rozglądnęła się po sali. Kilku przytomnych śmierciożerców reszta ciał na zimnej podłodze. Pośrodku jej przyjaciele. Podeszła do niech i razem stworzyli ósemkę. Magiczną ósemkę.
- Tak jak mówiłam lepiej się do nich nie zbliżaj – cicho powiedziała.
Ostro błysnęło i znikli. Przemieścili się w różne strony kraju. Katie wróciła do Hogwartu. Szła opuszczonym korytarzem masując sobie prawy nadgarstek. Teraz będzie miała dopiero kłopoty...walczyła z ojcem prawie zabiła Mirandę i rozwaliła jego ludzi. Ale przynajmniej uratowała swoich dawnych rodziców. Ważne, że oni byli cali...





Zaczynam nowy dział w jej życiu...lecz nie wiecie o co chodzi. Bo tylko ja mam jej całe życie z wyprzedzeniem na wyciągnięcie.
Tak strasznie mi go brak...a on to olewa...chyba się podłamię.
Do warszawy...jeśli wróce żywa to jeszcze coś dodam.
Pozdrawiam wszystkich i miłego czytania.





komentarze [2]

....... >> niedziela, 10 sierpnia 2008 20:13:27
Siedziała wśród gości i słuchała przemówienia Voldemorta. Było ono niestety nudne.
- Wyczerpujące. Straszniejszych lamentów nie mogłeś wymyślić?- postała mu swoją myśl
- Zaraz koniec. Śpieszy Ci się do łóżka? –odesłał
Nikt nie wiedział, że znowu wymieniają myśli. Katie nie odpowiedziała. Chciała się już zmyć na górę.
Zakończył swe przemówienie i zaprosił Hermionę do tańca. A Katie zatańczyła z Draco.
- Odbijany- oplotły ją silne ramiona
- Znowu nie zapytałeś o zgodę- wyszeptała wtulając się w nowego partnera
- Jestem Twoim ojcem. Nie muszę.
- Dzisiaj po południu musiałeś.
- Yhym.
- Czemu to zrobiłeś w taki sposób?
- Chciałem Ciebie.
- Voldemort ostrzegam. Mogę się odwdzięczyć. Tylko, że będzie już gorzej.
- Spróbuj. Nie mogę się doczekać Twoich słodziutkich ust.
- Ust? – cicho się roześmiała
- Nie tylko ust? Wiesz przecież, że jestem cały do Twojej dyspozycji.
- Jesteś chory umysłowo. Nie bawiłabym się ustami tylko czarami. I bym nie oszczędzała siły za dzisiaj.
- Czemu? Czułem, że się podobało i chciałaś więcej.
Odsunęła się i wyszła zostawiając do samego na środku sali ku zdziwieniu innych...

- Należał do mojej matki- na jej palcu lśnił piękny, srebrny pierścionek
- Próbujesz mnie przekupić?
- Nie. Przeprosić za siebie.
- W takim razie dziękuję.
Voldemort zmienił się...zaczął się kontrolować. Przepraszać za swoje błędy. I jakby zrobił się czuły. Trudno uwierzyć. Zmienił się również jego wygląd. Powrócił do wizerunku sprzed lat nim stracił ciało. Tylko, że w trochę starszej, bardziej pociągającej wersji. Tom Marvolo Riddle. Podobało jej się imię Tom, lecz wolała się do niego tak nie zwracać. Nie lubił tego bardzo.
- Drobnostka.
- Czyżby? Zmieniłeś się.
- Staram się jak mogę.
- I widać efekty. Wygląd...no, no zachwycasz mnie.
- Naprawdę? To znaczy dzięki...
Dziewczyna się do niego uśmiechnęła. Stali blisko siebie i nie wyglądali na rodzinę. Ona w krótkich spodenkach, on natomiast w białej koszuli. Jak para....i już nawet pierścionek.
- Dla kogo te zmiany? Mirandy?
- Zamieszka z nami dobrze? Chce was poznać.
- Obojętnie – lecz nie było jej to obojętne. Musiała wywrzeć spore wrażenie, że Voldemort był taki. Dobrze, że już dzisiaj wracam do Hogwartu. Zapomnę może.
- Spodziewałem się innej odpowiedzi. Rok będzie trudniejszy, ale chciałbym, abyś przychodziła z Hermioną wieczorami. Wiem, iż to łatwe nie będzie, bo jesteś łącznikiem.
- Cieszę się, iż to rozumiesz. Postaram się przychodzić.
- Hermiona będzie się podporządkowywać.
- Super.
- Czemu jesteś smutna? Nie chcesz wracać?
- Chcę. I nie jestem smutna.
- Przecież widzę co innego.
Odwróciła się od niego i otarła samotną łzę spływającą po policzku. Była smutna. Była zła. Myślała, że one- Katie i Hermiona są jedynymi ,ważnymi kobietami w życiu Voldemorta. Ale pojawiła się jego dawna miłość, Miranda. Skoro w ciągu kilku dni tak się zmienił dla niej to strach pomyśleć co będzie dalej...
- Katie co się stało? – nachylił się nad nią
- Nic. Już nic – słabo się uśmiechnęła. Idę do pokoju.
- Dobrze...



Mam nadzieję, że już nie jest wymuszone jak sądzisz Gabrysiu :) bo liczę się z opinią eksperta. Pozdro
komentarze [6]

..... >> czwartek, 7 sierpnia 2008 22:09:34
Lekko skrzywiona siedziała i patrzyła na swoją rodzinę. Głównie rozmawiała tylko z ojcem, bo obydwie Panie – Hermiona i Miranda chyba się jej bały.
- Nic Ci nie jest?
- Jest. Nie wolno przerywać.
- Ona nie chciała
- Zapewne
- Nie wiedziała kim jesteś
- A jakby wiedziała to cokolwiek by to zmieniło?
- Dziękuję...wiesz za co – pierwszy raz tego wieczoru odezwała się Hermiona
- Nie ma za co
- Jest. Gdybyś nie znała tego wszystkiego już dawno bym nie żyła.
Katie się roześmiała chłodno.
- Nie słyszałam jeszcze, aby szlama nie mogła być ofiarą. Wszystko jedno kto. Nie ma różnicy.
- Ale mówiłaś...
- Owszem mówiłam
Zapłakana Hermiona rzuciła się na szyję Katie, która ją poklepała uspokajająco po plecach. Po chwili wstała i wyjąkała kolejne podziękowanie
- Może was zostawię. Jeszcze raz dziękuję Katie

Zostali sami w pokoju.
- A więc jesteś moją matką
- Jestem
- Miło poznać
- Mi również córeczko. Dużo o Tobie słyszałam.
- Zapewne – spiorunowała wzrokiem Voldemorta. Tatuś zawsze był wygadany- powiedziała ironicznie
-Oh nie, to nie Tom! Pani Brengan
- Jak się o Ciebie pytałam to mówiła, że nie wie gdzie mogę Cie znaleźć...
- Prosiłam ją o to
Pierwsze wrażenie jakie zrobiła Miranda na Katie nie było dobre. Drugie było jeszcze gorsze.
Nagle kobieta wstała z krzykiem.
- Wzywają mnie do ministerstwa. Muszę iść. Mam nadzieję, ze się jeszcze zobaczymy.
Chwila i już jej nie było.
- Miła to Ty nie byłaś- rzekł Voldemort
- Bo nie miałam powodu. Jak na mnie to naprawdę byłam delikatna.
- Jesteśmy sami, więc możemy szczerze porozmawiać- usiadł koło Katie. Stanowczo za blisko mogło się wydawać...
- Czemu nie.
- Kiedy zostałaś łącznikiem?
- Kilka miesięcy temu.
- Nie powiedziałaś mi tego.
- No i co w związku z tym? Ukarzesz mnie?
- Na Ciebie nie ma teraz kary. Co myślisz o Mirandzie?
- Myślę, że albo teraz zrobiła się taka głupia, albo Ty w młodości byłeś pusty i ślepy – odparła wymijająco
- Nie obrażaj mnie...
- Ojejku
- Owszem ojejku – jego ręka przesuwała się po kolanie dziewczyny
- Weź rękę
- Chcesz tego – wyszeptał jej do ucha i delikatnie pocałował.
Odepchnęła go i zsunęła z siebie jego rękę.
- Nie wiesz czego chcę
- Owszem wiem
- Myślisz, że wiesz, ale tak nie jest. Jestem łącznikiem, więc nie spoufalaj się ze mną.
- A tamten wieczór?
- To tylko jedna głupia noc. Totalna pomyłka. Zapomnij – odparła ze śmiechem.
- Pomyłka mówisz. Myślałem, ze traktowałaś to poważnie
- Myliłeś się. Znowu
- Kiedy będziesz w domu?
- Za 2 tygodnie.
- Przecież jeszcze 15 dni i do szkoły
- Wiem. Dwa tygodnie u Pel jeden tu. Chyba nie będę was ograniczać co? Ciebie, Herms i Malfoya? O i jeszcze ukochaną mamusię.
- Czasami mogłabyś pohamować złośliwość
- No co Ty nie powiesz.
- Nie. Nie wiem skąd przyszło Ci to do głowy.
- To już nie Twoja sprawa. Ah i miałam Ci przekazać, że wznawiamy łączenie. Za 10 dni.
- Ty łączysz?
- Nie. Będzie inny łącznik.
- Czyli nie będzie Cię tu.
- Będę. Jako zastępczy łącznik i należę również do przyległych. A teraz już idę. Widzimy się za 10 dni. I tak na marginesie nie dawaj własnej córki jako ofiary. To było najgłupsze posunięcie na jakie było Cie stać.
- Czekaj! – mężczyzna się zerwał, lecz dziewczyna już znikła. Miał tyle pytań do niej...


- Nie! – krzyk rozdarł głuchą ciszę, która panowała w komnacie. Zaległ oczekująco w powietrzu świdrując dziury w umysłach ludzi zgromadzonych. Następowało łączenie. Lecz łącznik był niedoświadczony, więc źle szło. A Katie stała w kręgu i patrzyła się na kolejne błędy wykonywane przez łącznika...jak tak dalej pójdzie to wszyscy padniemy nieżywi – przemknęło jej przez myśl. Podniosła głowę i napotkała błagalne spojrzenie swojego mistrza.
- Xaoo (imię nadane jej jako łączniczce) dokończ proszę. Bo obydwoje wiemy co zaraz się może z nami stać.
Katie wyszła i wykonała procedurę bez żadnego, najmniejszego błędu. Na końcu zerwał się potężny wiatr i powietrze przedarł oślepiający błysk. Dłonie Katie i Voldemorta oplotły złote linie zaciskające je. Wszystko nagle ucichło. Procedura była zakończona.
- Poszło pomyślnie. Masz większą, dużo większą moc.
- Dziękuję- wyszeptał cicho Voldemort
Dziewczyna znikła, a za jej przykładem poszli członkowie kręgu.


Siedziała naprzeciwko ojca. Wróciła od Pel i ten jeden dzień miała spędzić tu, w posiadłości Malfoyów. Znowu byli sami w pokoju, obydwoje ponurzy i nijacy. Pogrążeni w swoich nieodgadnionych myślach.
- Wszystko jest przygotowane- odezwał się Riddle
- Co? Na co przygotowane?
- Na Twój powrót do szkoły.
- Aha.
- Lucjusz kupił rzeczy. Są na górze.
- Podziękuj mu. Jak władanie nową siłą?
- Nieźle. Nie spodziewałem się, że będzie taka potężna.
- Mogłeś się spodziewać. Przecież to krąg.
- Wiem...ale, mimo to...wielka
- Pomału, nie śpiesz się z władaniem. Nie próbuj szybko zapanować nad światem
- Czemu?
- Bo się zniszczysz. Najpierw zapanuj nad sobą, potem podbij losy świata. Uwierz mi na słowo.
- Zrobię jak mówisz. A Ty jak sobie radzisz w kręgu?
- Doskonale. Wszystko gładko, po myśli. Z każdym kolejnym łączeniem coraz większa siła.
- To dobrze. Słyszałem od innych, że jesteś bardzo potężna. I sam widziałem przy łączeniu. Nie masz sobie równych.
- Są lepsi. Ale mimo to dziękuję.
- Może owszem są. Ale nie spotkałem się jeszcze.
- Bo nie wstąpiłeś w takie oblicze świata. Dlatego.
- Twoim zdaniem horkruksy to nic?
- Nie mówię, że nic. Oczywiście są niezwykłe. Ale to tylko początek. Są jeszcze inne, straszniejsze metody. Jak dla Ciebie to dużo. Lecz obecnie Twoja moc poszła w górę i teraz będzie to dla Ciebie za mało.
- Chce tylko zapanować nad światem.
- Niebawem. Pomożemy Ci. Lecz pamiętaj o umowie. Jesteś podległy nam. Jeśli coś zrobisz źle, ja automatycznie naprawiam ten błąd. Nie zważając na konsekwencje. Bez żadnych oporów, po trupach do celu.
- Zaczęłaś stosować tą metodę?
- Nie miałam innego wyboru. Wyszło co wyszło. Źle nie jest.
- Czy aby napewno? – Jego uporczywe spojrzenie wbijało się Katie
- Tak napewno. Jak udały się rodzinne wakacje?
- Brakowało jednej osoby.
- Mirandy?
- Nie. Ciebie.
- Co Ty nie powiesz...bo ja nie należę do tej rodziny.
- Należysz.
- Hermiony w ogóle nie znam. Nie akceptuję jej. Matka wydaje się...widziałam ją raz. A Ty...
- Co ja?
- Nie łączą nas zwykłe relacje.
- Owszem. Przeszkadza Ci to?
- Nie. W sumie to nie przeszkadza.
- To dobrze.
- Idę się położyć. Miałam w nocy łączenie, jestem zmęczona.
- Dobrze idź. Wieczorem są zaręczyny Hermiony i Dracona. Będzie kilku ważnych gości. Przyjdziesz?
- Może. Pomyślę.
Odeszła. Położyła się i zamknęła oczy. W głowie jej huczało, jakby zeszła właśnie z rozpędzonej kolejki górskiej. Odwróciła się na bok. I zasnęła.



- Dość.
Leżała bez bluzki na białej pościeli. Blada ręka sunęła po jej nagich ramionach, coraz bardziej w dół ku podbrzuszu dziewczyny. A ona...nie mogła się ruszyć. Zniewolił ją zaklęciem.
- Nie. Jeszcze troszkę.
- Przestań – zesztywniała, gdy rozpiął jej stanik. Znowu zaczął delikatnie dotykać i całować piersi dziewczyny. Wygięła się leciutko. Była wściekła, bo zrobił to bez pozwolenia.
- Nie chcę przestawać.
- Proszę – wyszeptała błagalnym tonem.
- Jak sobie życzysz- wstał i przykrył ją prześcieradłem. Otarł gorące łzy, które powoli płynęły po jej policzkach. Cała drżała. Taka bezbronna...
Odwrócił się cofając zaklęcia. Uwolnił ją. I wyszedł.







Nie mam już ani weny ani pomysłu. Najgorzej u mnie z czasem. Chyba skończę. Pozdrawiam.
komentarze [2]

Stan uniesienia przez wino...kolejna część sagi o queen off steel. >> wtorek, 29 lipica 2008 21:46:38
Zeszła na śniadanie dziwnie zadowolona. No, no ta noc dała jej troszkę do wiwatu. Obdarzyła zgromadzonych uśmiechem i usiadła na swoim miejscu.
- Jak się spało? – zaczął grać tatusia. I zadziałał na nią jak piorun. Spłonęła rumieńcem i wlepiła wzrok w blat stołu, na którym wczoraj siedziała.
- Ymm...doskonale...tato
Mężczyzna również inaczej się czuł. Hamował uśmiech na widok zmieszania swojej małej towarzyszki w nocy.
- Zaczęliście już wakacje. A więc tak – Katie możesz jechać do Pelagii, wszytko sprawdziłem.
- Fajnie. A Hermiona?
-Hermiona razem ze mną i z Draconem pojedzie w Alpy. Taki mały odpoczynek w gronie rodziny.
Katie poczuła się jakby ktoś chlusnął ją wiadrem lodowatej wody. A więc ja nie należę do rodziny. No cudownie...miała ochotę rozwalić ten cholerny pokój i wyjść stąd raz na zawsze.
- Kiedy jedziesz do tej kobiety? – Hermiona jak zawsze musiała wszystko wiedzieć
- Zaraz
- Zaraz?! Myślałem, że jutro – ojciec był zdziwiony postanowieniem córki
- Źle myślałeś – była wkurzona. Zła, lodowata i mściwa. Odepchnęła krzesło i wstała. Idę się spakować – mruknęła
Wkładała ostatnią bluzkę kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Lecz było ono zbędne, bo gość bez zaproszenie wszedł do pokoju.
- Co ten wybuch miał znaczyć?
- A co Cie to obchodzi.
- Uprzejmiej! Jestem Twoim ojcem! I spójrz na mnie.
- Ja NIE mam ojca. Wczoraj to udowodniłeś. I nie będziesz mi rozkazywać
- Przesadziłaś Katie. Crucio
Myślał, że zaklęcie zwali ją z nóg. Wiedział jednak, iż nie piśnie ani słowa. Ale tego się nie spodziewał. Dziewczyna stała i patrzyła na niego z nienawiścią. Tak jakby zaklęcie nie podziałało. Cynizm wykrzywił jej twarz.
- Coś nie tak? Nie działa, nie?
- Coś Ty narobiła Katie?
Wzięła plecak nie odpowiadając na pytanie. Ominęła swojego „opiekuna”. Cichy trzask i już jej nie było.





- Opowiadaj co u Ciebie! – siedziała w ładnie urządzonym salonie naprzeciw kobiety około 40. Swojej ciotki z poprzedniej rodziny. Teraz tylko bardzo dobrej przyjaciółki.
- Może najpierw przeproszę, że zjawiłam się tak szybko.
- Bardzo dobrze! 2 miesiące to stanowczo za mało. Mogę zakładać, że wakacje spędzimy razem?
Proszę.
- Możesz tak zakładać Pel. Będą to moje najfajniejsze wakacje.
- Cieszę się niezmiernie. Ale mów co u Ciebie. Pozatym, że rodzinę zmieniłaś. Zrobiłaś „to” ?
Kobieta było rozemocjonowana.
- Zrobiłam. Poszłam w tamto miejsce. I przyjęli mnie. Nie chciałam, ale powiedzieli, że nadaję się i jestem potrzebna.
- O boże...przecież tak rzadko kiedy przyjmują śmiertelników.
- Przyjmują, ale tych wybitnych
- Czyli nadajesz się doskonale...nie mogę uwierzyć...przyjęli Cię do świętego kręgu. Masz nieśmiertelność?
- Mam. I również kilka innych ciekawostek.
- To znaczy?
- Nie odkryłam jeszcze. Umiem władać ogniem, nie czuję żadnego bólu.
- Ale....to kim Ty jesteś?
- Kłótnią.
- Tak myślałam. Duży zaszczyt. Gratuluję.
- I to nie koniec Pel...to jest funkcja poza kręgiem. A ja należę do kręgu. Czy tego chcę czy nie jestem łącznikiem. Łączę 2 światy...
- Matko...
- Taki szok?
- Bardzo. Przecież to najważniejsza rola w całym kręgu! Możesz zniszczyć cały świat.
- Wiem o tym...pokazałam tylko co umiem. Więc teraz odgrywam dużą rolę. Dopiero się uczę, ale tam...to jest niesamowite. Władam taką siłę, że Voldemort to przy mnie jedno, marne nic.
- Ktoś o tym wie?
- Oprócz Ciebie nie. Nikt. Ale niedługo.
- Co ma być niedługo?
- Riddle chce się łączyć z nami. Chce i zrobi wszystko w tym kierunku. Za kilka dni będę łączyć jego i nasz świat.
- Będzie zdziwiony...
- Będzie. Dzisiaj był jak rzucił na mnie Crucio, a ono nic mi nie zrobiło. Dosłownie nic.
- Nie wiem co powiedzieć -kobieta się ukłoniła
- Pel co Ty wyprawiasz?
- Chylę się przed najpotężniejszą osobą na ziemi.
- Nie przesadzaj. Mam swojego mistrza.
- Ale bez łącznika kręg nie istnieje. To Ty nadajesz wszystkiemu rytm.
- Skąd Ty to wiesz?
- Bo również należę.
- Jako?
- Ulga
- Ciekawie
- Ale nie wiedziałam, iż weszłaś do kręgu. I będę obecna przy łączeniu
- To dobrze. Ulżysz mi.
- Robiłaś to już?
- Tak, kilka razy. Ale nie łączyłam rodziny
- Nie powinno być żadnej różnicy. Byłam tylko przy 5 łączeniach. Niezwykłe wydarzenie.
- Owszem
- Ale Katie przecież mamy wakacje. Obowiązki będą potem. Teraz właź na górę, wskakuj w strój i idziemy się pochlupać trochę. Drinka?
- Chętnie. Zaraz wracam.
Przebrała się i poszła w stronę basenu. Zwilżyła usta wódką i wlazła do zimnej wody.
Tygodnie były cudowne. Póki pewnej nocy nie usłyszała głosiku. Mistrz...jego przemowa oznaczała, iż czas na łączenie. A więc jutro będzie gorąco.
Zamknęła oczy, lecz nie mogła zasnąć.



Po lewej stronie kilku śmierciożerców po prawej członkowie kręgu. Po bokach pozostali. W środku zaś stały 4 osoby. Mistrz kręgów, Hermiona, Ulga i Voldemort. Brakowało łącznika, na którego wszyscy cierpliwie czekali. Nim minęła minuta przed drzwi weszła zakapturzona postać z jakimś dziwnym znakiem na szacie. Na czarnej rękawiczce lśnił srebrny pierścień.
Członkowie kręgu opadli na kolana przed nią, a ona podeszła do ulgi i swojego mistrza. Narazie była tajemnicą.
- Oto i łącznik. Wszystko jest zrobione teraz ona poprowadzi końcówkę. Najważniejszą. Gdyby się nie udało przerywaj. Ofiara jest. To córka jego – wskazał na Voldemorta.
- Inną. Czarodziejkę. To Szlama. – odpowiedziała Katie, lecz nikt jej nie poznał po głosie.
- Szlama?! Sprowadźcie inną, bo ja i łączniczka nie mamy czasu. Jestem szczerze zawiedziony Tobą Tom- odpowiedział mistrz chłodnym głosem
Hermiona została raptownie wyprowadzona z kręgu. A Katie i tylko Katie wiedziała, że może być ofiarą. Ale skoro to moja siostra to nie pozwolę, aby była ofiarą.
Została sprowadzona inna czarownica, która odrazu straciła przytomność. Została położona w środku koła, a Ulga podeszła do niej. Zrzuciła kaptur i zrobili tak wszyscy pozostali. Oprócz łączniczki.
Postacie wyszły z kręgu, a na środku została nieprzytomna kobieta, Voldemort i ona...Katie. Zaraz miała nadać kręgowi siłę.
- Pod żadnym pozorem nikt z kręgu wyjść nie może- powiedziała i nareszcie opuściła kaptur.
- Ale...Ty nie...- reakcja Voldemorta na widok swojej córki, a zarazem łączniczki.
- Dość. Zaczynamy.
Katie przymknęła powieki i zaczęła mówić jakieś formułki. Stanęła w płomieniach, które nagle podążyły do wszystkich. Rozległy się huki i mogłoby się wydawać, że nadszedł już sąd ostateczny. Ziemia zadrżała im pod nogami, a wszystkich spowił niesamowity nieziemski ból. Lecz i na niego czas przyszedł. Ustąpił, a Katie znowu zaczęła mówić. Lecz nagle umilkła i upadła na kolana. Ktoś wychodził z kręgu
- Przerwij to! Przerywaj! – jej mistrz był przerażony
- Przecież wiesz, że to nie takie łatwe. Kontynuuje
- Wybierasz śmierć!
Dziewczyna zaczęła znowu mówić, a ból powrócił. I nie dała rady. Wszystko źle poszło, a ona jeszcze nie chciała umierać. Czuła, iż ojciec ją podnosi z podłogi na której było pełno krwi. To koniec już? Nie.
Przerwała kręg, wstała resztką sił i ulga się nią zajęła. Nie było za ciekawie, lecz Katie łączniczka była w najgorszym stanie.
- Czy ja nie mówiłam, aby nie przerywać kręgu?! – wycedziła przez zaciśnięte zęby
- Mówiła Pani –wyjąkała kobieta, która przerwała procedurę. Drobna, ładna blondynka. Czyżby śmierciożerczyni?
- I jakoś nie podziałało. Kim Ty w ogóle jesteś?
- Na...nazywam się Maranda Berilack.
Nagle ktoś z magicznego kręgu zaczął zadawać jej ból, okropny ból i się wydzierać wniebogłosy.
- Czyś Ty oszalała?! Chciałaś zabić łącznika! Patrz w jakim jest teraz stanie! No patrz!
Lecz długo to nie potrwało. Łączniczka przerwała to i ciągle patrzyła się uporczywie na blondynkę
- Widać nie usłyszała. Przerwij linię. Mówię przerwij.
Ból ustał, a KAtie pomogła jej wstać. Spojrzała jej w oczy.
- Jeszcze się zobaczymy. Odwróciła się do swojej ekipy i rzekła – procedura być może będzie wznowiona. Możecie odejść w imię siebie i historii. Wszyscy umarli i polegli. Mówię to ja, wasza łączniczka.
Rozległ się oślepiający błysk i w komnacie zostali tylko śmierciożercy i rozjuszony Voldemort.
- Zadowolona z siebie Mirando?
- Przecież wiesz, ze nie chciałam przerwać. Nie zniosłam tego bólu.
- Tylko, że łącznik jeszcze bardziej cierpiał i teraz cierpi. Przez Ciebie
- To tylko łącznik...
- Nie tylko. To właśnie była Katie, Twoja druga córka. Ona została łącznikiem.


komentarze [2]

Nie wiem jak teraz spojrzeć jej w twarz...świat jest sceną...lecz sztuka jest źle obsadzona !!!. Nie chcę żyć...przez tego skurwiela... >> niedziela, 27 lipica 2008 00:48:31


Stali na stacji Kings Cross. Cała ślizgońska ekipa z wyższych półek. Katie, Malfoy & jego ochrona , Blaise i Pansy( nie wiem po co ona). Rok szkolny dobiegł końca, było już po uczucie w Wielkiej Sali. Pożegnali się i każdy rozszedł się w swoją stronę. Katie nie miała ochoty podchodzić do Lucjusza i Narcyzy, którzy na nią czekali. Na nią, syna i Hermionę. Wolała uniknąć tego, więc wyszła z peronów i się teleportowała się na dobrze znane wzgórze. Zaoszczędziła czasu, ponieważ reszta przybędzie tutaj za około 30 minut. Wspięła się i weszła do pustego domu. Lecz nie był on całkiem pusty.
- Cześć ojcze.
- O Katie. Tak szybko?
- Yhym
- Gdzie reszta?
- Jedzie. Rozdzieliliśmy się.
- Aha.
Obydwoje nie byli rozmowni. Czuli, że coś jest nie tak. Mężczyzna podszedł do dziewczyny i ją delikatnie pchnął tak, iż oparła się o stół. Podniósł ja lekko, aby usiadła pewnie na blacie. A potem długo się patrzył w te piękne zielone oczy poczym się nachylił i ją pocałował. A ona oddała mu ten pocałunek. Przywarli do siebie i stopili w jedną duszę. Dwa spragnione ciała, namiętna żądza i łączące ich więzi krwi. Mężczyzna wsunął rękę pod jej bluzkę. Jego ręce błądziły po plecach dziewczyny, a następnie dotknął piersi. Wykonywał powolne ruchy dłonią pieszcząc ją. Nagle raptownie się od siebie odsunęli i zmierzyli bezbarwnym wzrokiem.
- Co to było? – dziewczyna była zdziwiona...
- Nie wiem...przepraszam
- Nie przepraszaj. Czemu to zrobiłeś?
- Nie miałem dawno kobiety, a Ciebie nie traktuję jak córkę...sama zresztą się przekonałaś. A Ty... jesteś tak strasznie niezwykła. Im bardziej zimna tym bardziej podniecająca...
- Ale jestem również...
- Wiem. Wiem kim jesteś. Mimo to. – przerwał jej
- Mimo to chcesz mnie?
- Tak.
Dziewczyna wstała, podeszła do Voldemorta. Słyszała chrzęst rozsypywanego żwiru na podjeździe oznajmiający przyjazd reszty domowników. Wspięła się na palce i wyszeptała prosto do ucha sztywnemu ojcu;
- Nie wiem czy również tego chcę, ale możesz mnie o tym przekonać.
- W jaki sposób? - również wyszeptał
- W jaki chcesz. Dziś. W nocy.
- Przyjdę.
Odwróciła się na pięcie i wyszła zostawiając oniemiałego Czarnego Pana w pustej, cichej komnacie.



Zegar wybijał już dwunastą, gdy Voldemort wsunął się bezszelestnie do pokoju i podszedł do stojącej obok okna postaci. Zamknął drzwi zaklęciem poczym ją objął od tyłu. Zaczął delikatnie całować po szyi, aż dziewczyna się nie odwróciła twarzą do niego. Całowali się, lecz jednak zdecydowała się na dalszy ruch. Powoli zdjęła z niego koszulę, która opadła głucho na podłogę. W odwecie on pozbawił ją bluzki.
- Chcesz dalej?
- Chcę dalej- powiedziała słodkim głosem
Zsunął w niej spodnie i położył ostrożnie na białej, zimnej pościeli i zaczął ją znowu całować. Powoli schodził z ustami niżej ściągając z dziewczyny bieliznę. Obydwoje milczeli do czasu kiedy wszedł w nią. Wtedy cichy jęk wyrwał się z jej ust. Przywarła do niego bardziej i wtuliła się nagie, silne ramienia. Czuła się z nim bezpieczna. Spełniona.
- Przerwać? – mężczyzna czuł, że ona drży. Sam nie wiedział co się z nim dzieje. Jeszcze nigdy nie miał takiego uczucia ja teraz z nią. Popatrzył się na jej twarz, pogładził palcem zimne usta. Była cudowną kobietą. Dla niej był gotów w tej chwili zrezygnować z wszystkiego.
- Nie.
Poruszył się delikatnie, nie chciał zrobić jej jakiejkolwiek krzywdy. Objął jej biodra i przycisnął bardziej do siebie. Po chwili przerwał. Położył się obok dziewczyny nawet jej nie dotykając. Jak gdyby nic się pomiędzy nie stało.
Odwróciła się w jego stronę i cicho roześmiała. Myślała, że to ona ma problem a tu coś innego. Najpierw seks, a teraz się odizolowuje ode mnie. Nie tak szybko.
Położyła rękę na nagim torsie mężczyzny. Ale on ją odtrącił. Ale przed tym zadrżał.
- Czemu?
- Bo tak będzie lepiej.
- Lepiej? Czy Ty wiesz co mówisz?
Nie dostała odpowiedzi. Nie pytając się już nawet o zgodę siadła na nim i stanowczo pocałowała. Potem zsunęła się ku dołowi. Kilka chwil i mężczyzna jęczał. Jęczał z rozkoszy, a ona się świetnie nim bawiła. Szybko doszedł, więc wróciła do niego, do jego ust i tym razem to ona się odwróciła.
- W co Ty grasz kobieto?
- W to samo co Ty.
- Czemu to zrobiłaś?
- Nie protestowałeś.
- Trudno mi było zaprotestować...
- Zapewne. Nie powiesz mi, że nie było Ci dobrze. Przecież jesteś mężczyzną
- Nie, nie będę kłamać. Było. Ale nie powinnaś.
- Ty również nie powinieneś. Stało się. I zaakceptuj to wreszcie. Kochaliśmy się z własnej woli. Nie cofniesz tego.
- Nie chciałbym cofnąć.
Zamilkli i zamknęli zmęczone powieki. Ona szybko zasnęła, lecz on nie mógł. Ciągle się na nią patrzył i myślał o tym co powiedziała. O tym co się miedzy nimi wydarzyło. Miał żal do siebie... zachował się jak idiota odtrącając ją. Ale to już nieważne. Delikatnie musnął ją wargami i podniósł się. Włożył ubranie i wyszedł z cichym dziękuję.
A Katie się uśmiechnęła. Myślał, że spała. I się mylił....

komentarze [3]

Ostatnia...trochę straciłam wiarę w siebie i tego bloga. Teraz warszawa. Buziaki >> środa, 23 lipica 2008 16:29:48




Minęło kilka miesięcy. Miesięcy bez Olivera, bez spotkań z ojcem...bez niczego. Jedyne co robiła regularnie to nauka. W tym była najlepsza. Jej wyniki przewyższały o głowę wyniki Hermiony. Katie miała proponowane z wszystkich przedmiotów wybitne. I egzaminy. Jutro pierwszy- wróżbiarstwo. O i dostała odpowiedź od ojca.


Katie.
Nie wiem czy to dobry pomysł. Panowanie nad duszą jest niebezpieczne. Lepiej jeszcze z tym zaczekać. Pozatym wszystko idzie dobrze. Twoja pomóc jest niepotrzebna, nie jesteś już na służbie u Czarnego Pana. A samopoczucie... mogłoby być lepiej. Wierzę, iż świetnie napiszesz egzaminy.

L.V.


No więc nici z planów panowania nad duszą. I tak na wakacjach to zrealizuję. Jeszcze poznam swoją matkę. Po co mi to? Aby się upewnić, przekonać jaka jest.
Zamknęła oczy i w jej głowie aż zahuczało. Wszystkie formułki, każde przeczytane, zapamiętane słowo, nie dawało jej spokoju. Uczyła się tyle, aby zdać, aby ojciec był zadowolony. Z przedmiotów wybitne to dość dobry pokaz.
- Śpisz?
- Nie Draco nie śpię.
- Myślisz?
- Owszem.
- O czym?
- Egzaminy.
- Przejmujesz się nimi?
-Jak cholera.
- I tak zdasz.
- To pewne. Ale na jakich ocenach.
- Oczywiste, że na wybitnych. Naprawdę nie wiem skąd Ty tą wiedzę bierzesz.
- Z książek Draco. A teraz dobranoc.
- Dobranoc. Katie rozluźnij się, daj myślą płynąć- zaczął się nabijać głosem Trelawney.
- Jasne.

Obudziła się całkiem wyluzowana i rześka. Nawet godzina jej nie przeraziła. Od 30 minut trwał egzamin. Powoli się ubrała i poszła pod klasę.
- Katie! Gdzie byłaś? – Blaise podszedł do niej.
- W łóżku. Jak egzamin?
- Źle. Zostaliśmy w 3, a nie było żadnego wybitnego.
- Weiss – rozległ się głos nauczycielki
Chłopak odwrócił się i posłał im znaczące spojrzenie po czym wszedł do klasy. Po chwili wypadł z ponurą obrażoną miną.
- Hej Weiss co się stało?
- Ta baba jest głupia. W ogóle nie dostrzega mojego daru jasnowidzenia. Taka z niej wróżka jak z (...)
Roześmiali się z jego narzekań i na egzamin poszedł Blaise. Katie została sama. Te czekanie ją stresowało.
- Rosvelt.
Bez wahania weszła i siadła naprzeciw nauczycielki.
- A więc moja droga. Pierwsze zadanie to wróżenie z kuli. Rozluźnij się i powiedz co widzisz. Nie musisz się śpieszyć.
Uśmiechnęła się nieśmiało do nauczycielki i wpatrzyła w kulę...wiedziałam, że tak będzie. Co ja mam tej kobiecie powiedzieć? Że widzę białą szklaną kulę?
- Ymm widzę...leżącą postać...przeraźliwie krzyczy, jest w jakiejś obszernej komnacie... jest tak dużo innych kształtów...to ciała...wszystkie martwe. Oh i ja tam jestem- zaczęła płaczliwym tonem.
Leżę w kałuży własnej krwi. On wyciąga moją różdżkę...to mężczyzna...zabija mnie i się okrutnie śmieje...
Tak mi przykro. Widok własnej śmierci jest nieprzyjemna. Świetnie Ci poszło. Czy jesteś gotowa na drugie zadanie?
- Tak, tak jestem na siłach- odrzekła dziewczyna słabym głosem. Improwizowała jak nigdy w życiu.
- To dobrze, bo myślę, że jako jedyna zasługujesz na wybitny. Klasy, które uczę nie mają za grosz daru jasnowidzenia.
- Oh tak bardzo się cieszę, iż taka cudowna wróżka tak mówi. Wszystko zawdzięczam Pani! Chciałabym być taka jak Pani! Nie ma wspanialszej wróżki na świecie. Uwielbiam Pani lekcje – to już przekraczało granicę. Podlizywała się. Ale cel uświęca środki.
- Moja droga! Zawstydziłaś mnie. Myślę, że drugie zadanie jest niepotrzebne, jesteś słaba, a wiem co umiesz, bo uważnie obserwowałam Cię przez cały rok. Należy Ci się- pochyliła się i w rubryce oceny wpisała wybitny. Proszę moja droga.
- Dziękuję Pani. Miłego dnia.
Wyszła z klasy z pergaminem w ręku. Była szczęśliwa. Wybitny! Jako jedyna! Hurra! Poszła do dormitorium, na jej łóżku leżał liścik;


Przyjdź jeśli chcesz. Hermiona już jest. Jeśli nie to trudno.
L.V.


Hmm...czemu nie? I tak mam cały dzień wolny. Zabrała niewidkę, przebrała się i poszła na znane 7 piętro. A potem do znajomego domu. Następnie powitanie ze znajomym Lucjuszem i znajomy salon.
- Cześć ojcze- siedział w fotelu.
- Cześć. Usiądź – brr nie było to miłe powitanie.
A wracając do rozmowy- Hermiono co mówiłaś?
- Mówiłam, że oceny z wróżbiarstwa są niesprawiedliwe. Trelawney nie dostrzega naszych jasnych umysłów. Chyba zrezygnuję z tego przedmiotu, bo mam zadowalający. To skandal. Na 4 domy nikt nie miał wybitnego – Hermiona była bardzo rozżalona.
- Widać nie macie tego czegoś. Mówi się trudno, lecz spodziewałem się, iż będziesz mieć przynajmniej powyżej oczekiwań. Katie, a co Ty miałaś?
- Wybitny.
- Jako jedyna?
- Yhym.
- Wspaniale. Jak Ci się udało?
- Mam to coś.
- Rozumiem- delikatnie się uśmiechnął do córki. Znowu pokazała pełną klasę.
Za to Hermiona była wściekła. To ona miała mieć wybitny i to z niej ojciec miał być dumny. Nie z Katie!
- Widzisz Hermiono, a jednak był wybitny. Jutro mugoloznastwo i historia magii tak?
- Jeszcze zielarstwo- podpowiedziała Katie.
- Dość dużo. Dacie sobie radę? Choć pytanie kieruję do Ciebie Hermiono, bo Katie napewno świetnie napisze.
- Tak, dam radę- odpowiedziała obrażona Hermiona.
- Kiedyś uczyłaś się lepiej.
- Owszem. Ale nadal jestem dobrym uczniem.
- Co sprawiło, że się pogorszyłaś?
- Yyy...bo jest taki ktoś...
- Taki ktoś?
- Kolega...dobry kolega
- Czyli?
Hermiona była bardzo zmieszana. Więc do rozmowy włączyła się Katie.
- Czyżby Weasley? Uuu zdradzasz Malfoya?
- Nie wtrącaj się! Pilnuj swojego chłopaka, bo ciągle go ranisz. Co już się rozstaliście?
- No świetnie Weasley...koszmar. I wiesz nie Twoja sprawa jak mi się układa z Oliverem. Wina nie jest moja.
- Taak?
- Tak. I że Twój chłoptaś nie umie trzymać rączek przy sobie to...
- Malfoy?!
- A jest jeszcze jakiś inny?
- Obydwoje, że sobą kręcicie! A my nie możemy na to patrzeć! Odwal się od niego. Jest mój!
- Ja mam się odwalić? Jemu to powiedz, bo to nie ja go ciągle całuję. Nawet nie potrafisz chłopaka przy sobie utrzymać...
- Dziewczęta stop! Hermiono siadaj i się uspokój. Katie jakoś potrafi zachować spokój – powiedział Voldemort.

Katie świetnie się bawiła uczuciami Hermi. Lubiła patrzeć na tą zezłoszczoną twarz.
- On?!! On?!
- Hermiono idź ochłoń na górę. Lucjusz zaprowadź ją – mężczyzna postanowił zadziałać. Więc Hermiona niechętnie poszła na górę.
- Kłopoty z Oliverem?
- Są.
- Mogę pomóc?
- Nie.
- Malfoy się do Ciebie klei?
- Tak.
- Mam z nim porozmawiać?
- Nie. To jest zabawne.
- Zabawne rozumiem...cieszę się z tego wybitnego.
- Fajnie.
- Potrzeba Ci czegoś?
- Raczej nie. Pytanie.
- Zadaj.
- Co z wakacjami?
- A co byś chciała?
- Odwracasz koto do góry ogonem.
- Trochę.
- Myślałam o wyjeździe do Pel.
- Kto to jest?
- Ciotka. A raczej znajoma.
- Jeśli będę jej pewny to dam Ci znać.
- Ok.
- A pozatym?
- Tutaj.
- Świetnie.
- Nie będę przeszkadzać?
- Skądże. Nadal jesteś zła na mnie?
- Trochę.
Nagle Katie zaczęła ogromnie boleć głowa. Schowała twarz w dłoniach i się pochyliła. Wykrzywiła usta w grymasie bólu.
- Co się dzieje?! – podbiegł do dziewczyny i ją potrząsnął za ramiona
- O zgrozo...moja głowa...auuu
Mężczyzna zaklęciem wezwał jakieś eliksiry i pomógł jej je wypić. Zaczęła drżeć.
- Już. Zaraz będzie dobrze. Jeszcze chwilkę.
Po kilku minutach się wyprostowała nadal lekko krzywiąc twarz.
- To nie był zwykły ból głowy.
- Owszem.
- Ktoś mnie bardzo nie lubi...
- Domyślasz się kto?
- Tak. Na górze. Idź po nią.
- Niemożliwe.
- Umiem to rozpoznawać, uczyłam się tego. Wyraźnie czuję, iż ta osoba jest blisko – znowu wykrzywiła się z przeraźliwego bólu. Idź po nią, bo zaraz mnie zabije.
Hermiona zeszła i ból momentalnie ustał.
- Grenger przesadziłaś- wychrypiała Katie.
- Ale co ja zrobiłam?
- Nie udawaj. Wiesz co zrobiłaś. Pytanie tylko kto Ci pomógł.
- Ale...
- Hermiono! – ojciec był zły.
- Bellatrix.
- Czyli jednak... Katie wracaj do Hogwartu. Hermiona jeszcze zostanie na chwilę.
Dziewczyna wyszła z pokoju. Zamykając drzwi słyszała głośne, rozpaczliwe krzyki swojej siostry.
A więc Voldemort lubi sprawiedliwość. A ja cenię sprawiedliwych. Resztą pogardzam. Z każdym spotkaniem Katie i Czarny Pan bardziej się zbliżali do siebie. Coraz więcej ich łączyło. Coraz mniej dzieliło. Nox.



Lumos. Zaklęcie poraziło ją w oczy. Zastanawiała się co ją obudziło. Chwila milczenia i usłyszała łkającą dziewczynę i chłopaka, który ją pocieszał.
- Hermiono co się stało? Myślałem, że już śpisz.
- On...on...jego Cruciatus... – nie mogła mówić przez płacz
- Czemu?
- Bo ja...i Bellatrix próbowałyśmy...
- Co próbowałyście?
- Chciałyśmy zadać jej trochę bólu...
- Komu?
- Katie.
- Co?!
- Nie broń jej już! Wiem, że ją trochę za bardzo lubisz! Tylko Katie i Katie. A ja?!
- Czemu to zrobiłaś?
- Bo kręci z Tobą. Bo jest zawsze lepsza. Robi ze mnie ciągle idiotkę.
- Jesteś nią.
Dziewczyna całkowicie zniosła się płaczem i wybiegła z dormitorium. A Katie zgasiła różdżkę i zamknęła oczy. Hermiona zasłużyła na to...najpierw ojciec, teraz Malfoy...





Egzaminy pędziły jak szalone. Zaliczała,a profesorowie doceniali wiedzę. Narazie nie było z niczego z czego nie miałaby wybitnego. A zostały jeszcze 3 próby. Eliksiry jako pierwsze.
- Zróbcie eliksir zapomnienia i snu. Czas start. Po 2 godzinach eliksiry powinny być ukończone.
Podchodził do stolików z egzaminatorem bez słowa.
- Beznadziejnie. 2 osoby wybitne. Rosvelt i Malfoy. Gratuluję
Jako druga transmutacja.
I tu mógł być spory problem. Egzaminatorka, starsza kobieta nie była chętna do dawania dobrych stopni. Lecz chyba nastąpił fart szczęścia. Katie bez problemu zrobiła co jej kazała i;
- Wybitny
- Dziękuję.
No i czarna magia. Najpierw teoria potem praktyka. Teoria poszła gładko,praktyka czyli pojedynek jeszcze lepiej. Kilka trudnych,silnych zaklęć i wybitny.
Wychodząc z wielkiej sali roześmiała się. Nogi same ją zaniosły na błonia, pod ulubione drzewo. I stamtąd widziała ogromne stada sów lecące do rodziców w notkami o wynikach egzaminu. Już koniec...udało się skończyć na wybitnych.
- Hej – podniosła głowę
- Cześć Oliver – chłopak uklęknął obok niej
- Jak poszły egzaminy? Słyszałem,że pobiłaś rekord szkoły.
- Bez przesady. Z wszystkiego wybitne
Chłopak był pod wielkim wrażeniem.
- No to pobiłaś rekord.
- Heh. Sprowadza Cię coś do mnie?
- Przemyślałem.
- I co wymyśliłeś?
- Ymm...myślę,że lepiej byłoby...
- Jakbyśmy się rozstali?
- Tak
- Ok.
- I tylko tyle?
- A co ja mam powiedzieć Oliver? Podjąłeś już decyzję,a mnie łaskawie o tym poinformowałeś.
- Nie wiem...ale było nam fajnie razem prawda?
- Oliver tylko bez takich pytań. Poprostu to koniec,więc odwróć się i odejdź.
Tak więc Flint to zrobił. Odwrócił się i odszedł do swoich przyjaciół. A w głowie dziewczyny odbywała się bitwa myśli. No cudownie...dziś bal na,który chciałam tak bardzo iść z Oliverem...a on dzisiaj ze mną zrywa?

- Katie czemu nie jesteś na balu?
Dziewczyna poszła w odwiedziny do ojca. Miała rzadką okazję na szczerą rozmowę.
- Bo nie miałam na niego ochoty. Przeszkadzam?
- Wiesz , że nie. Ale miałem gdzieś iść.
- Gdzie?
- Pamiętasz swoje ostatnie zadanie?
- Tak. Miałam zdobyć wspomnienie od ten biednej staruszki. Pani Brengan czyż nie?
- Właśnie tak. Nikomu z naszych nie chce dać tego wspomnienia. Tylko chce Ciebie lub ewentualnie mnie.
- Ahh rozumiem. Zawsze była wybredna. Ale istnieje rozwiązanie. Pójdziemy razem.
- To zły pomysł.
- Nie chcesz się ze mną pokazywać?
- Ja chcę ale dla Ciebie to najgorsze rozwiązanie z możliwych.
- Będziemy niewidoczni. Chyba zależy Ci na wykonaniu zadania.
- No dobrze. A więc teleportujemy się na White Road. Gotowa? Raz, dwa, trzy.
Trzask i nie było po nich śladu. Zjawili się przed ładnym, małym domkiem. Wokół wszystko było świetnie zgrane z otoczeniem.
- Wiesz co robić Katie?
- Wiem. Spokój i delikatność.
- Dokładnie
- Z jednej strony to zabawne. Wróciłam do ostatniego zadania. A myślałam,że go nie skończę.
- Chyba skończysz. Wreszcie zobaczę jak załatwiasz sprawy.

Dziewczyna się ujawniła i zapukała do drzwi. Otworzyła jej starsza kobieta z uśmiechem na okrągłej twarzy.
- Katie! Skarbie nareszcie jesteś. Wejdź.
Poczłapała do salonu,a Katie z niewidocznym ojcem weszła za nią. Usiadła naprzeciw.
- Czemu Cie tak długo nie było? Zapomniałaś o mnie?
- Skąd. Ciągle o Pani myślę. Tylko,że...może powiem wprost. Poznałam Panią,ponieważ chciałam wspomnienie. Potem te zadanie przeszło na kogoś innego, a mnie odwołano. Miałam zabronione odwiedzanie Pani,więc wolałam nikogo nie narażać. W między czasie zmieniłam rodzinę. Gniewa się Pani na mnie?
- Oczywiście, że nie. Przykro mi było, bo myślałam, że nie chciałaś mnie już odwiedzać. Wspomnienia im nie dałam. A czy za tym wszystkim stoi Tom?
- Tak za tym stoję ją – odpowiedział Riddle ujawniając się.
- Czemu Tom?
- Bo Katie jest moją córką. Domyślałaś się tego,prawda?
- Tak wiedziałam to odkąd ją zobaczyłam. Im więcej poznawałam Katie tym bardziej się upewniałam. Oczy ma po Mirandzie. Ale cała reszta to Twoja sprawa.
- Zna Pani moją matkę?
- Oczywiście, że tak Kochanie. Kiedyś może Ci opowiem coś o niej jak zechcesz.
- Tak zachcę – Katie była zszokowana.
- Pozatym to byłaś na przedostatnim roku w Hogwarcie. Jak poszły egzaminy?
- Poszły dobrze. Z wszystkich przedmiotów wybitne.
- Oh to gratuluję. Umysł również po Tomie. I ten lód w sercu...
- Zapewne. Nie znam jeszcze swojej matki,a ojca tylko służbowo.
Mężczyzna przysłuchiwał się rozmowie obydwóch Pań. Nie rozumiał czemu Katie nic nie mówi o wspomnieniu. Postanowił się wtrącić.
- Przepraszam,że przeszkadzam,ale przyszliśmy tutaj...
- Aby się zapytać o Pani zdrowie- przerwała mu dziewczyna i posłała ostrzegawcze spojrzenie.
- Bardzo dobrze. Tylko, że jestem już zmęczona. Ciężki dzień...
Męczymy jeszcze bardziej Panią. To już pójdziemy.
- Dobrze. Odwiedzisz mnie jeszcze?
- Jeśli Pani pozwoli to oczywiście.
- Pozwolę,pozwolę. Będę zachwycona.
Goście wstali i skierowali się do wyjścia. Mężczyzna wyszedł,a dziewczyna się cofnęła, ponieważ chciała tego staruszka. Pogłaskała Katie po głowie i się do nie j przytuliła.
- Niewiele jest osób takich wspaniałych jak Ty. Spróbuj tylko nie podchodzić tak chłodno do ludzi Naucz się kochać. Nienawiść jest zła – wyszeptała jej do ucha i wypuściła z objęć.
Katie wyszła i stanęła obok Lorda Voldemorta.
- Nie rozumiem Twojego podejścia do sprawy. Rozmawiałaś z nią miło, lecz nawet nie wspomniałaś o myśli. Sprawa nie jest załatwiona.
- Bo by mi go napewno nie udostępniła – położyła na dłoni zdziwionego ojca mały flakonik. Zadanie wykonane.
- Nie spodziewałem się , że je masz.
- Wiedziałam, iż tak będzie.
- Zawsze masz strategię działania?
- Zazwyczaj. Wolę mieć.
- Rozumiem. Wracasz do Hogwartu?
- Tak. Jest już późno, bal skończony.
- Uważaj na siebie. Dobranoc.
- Dobranoc tato.
Dziewczyna zniknęła, a po chwili zniknął również mężczyzna. Alejka była znów przerażająco pusta i cicha. Jakby śmierć przeszła po tym zadbanym osiedlu...


Zmetralizowała się i poszła do lochów. Musiało być bardzo późno, bo zamek był całkowicie uśpiony i opuszczony. W dormitorium Malfoy już słodko spał. Dziewczyna przebrała się w piżamę również położyła. Nie mogła zasnąć. Za dużo myśli krążyło jej w głowie. Dziś było ciekawie. I fajnie. Dogadywała się z ojcem coraz lepiej. Lecz nie czuła, iż on jest jej ojcem. Traktowała go....inaczej...



Jeszcze troszkę xD a zjawa wyjdzie z ukrycia i pokaże swoje prawdziwe oblicze. Będzie finał :) a teraz pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia. Wracam po weekendzie- chyba.
komentarze [1]

Ze specjalną dedykacją dla Strażaka :) która mnie podnosi na duchu i jest zawsze kiedy jest mi źle. Dziękuję Kochanie :** >> niedziela, 20 lipica 2008 23:03:05
Wszystko się śmiesznie pokręciło. Tatuś mistrz czarnej magii, siostra szlama ,kochający chłopak i trudne egzaminy. Zabawne.
Otworzyła oczy, obudziły ją jakieś trzaski.
- Draco cholera co Ty robisz?
- Obudziłem?
- Tak.
- Przepraszam
- Już po fakcie. Co teraz robisz?
- Szukam książki od wróżbiarstwa. Wiesz może gdzie jest?
- Nie wiem.
Przewróciła się na bok sięgnęła po różdżkę, a po chwili w jej kierunku leciał opasły tom. Skierowała go w stronę chłopaka. Książka walnęła go w brzuch, a sam Draco zgiął się w pół.
- Oj sorki. Mogłam delikatniej.
- To już po fakcie- powtórzył jej słowa i się lekko roześmiał.
- Masz dobry humor. Doskonale :)
- Ty też nie masz najgorszego. Noc była miła?
- Pomijając niektóre sytuacje było znośnie. Która godzina w ogóle?
- 10.
- O zgrozo...
- Spokojnie. Jest sobota, więc możesz dalej spać. Chyba, że byłabyś taka kochana i wybrałabyś się ze mną na śniadanie.
Dziewczyna zwlokła się z łóżka i poszła do łazienki. Wyszła już w kompletnym stroju całkiem rozbudzona.
- I co teraz mnie kochasz?
- Najmocniej na świecie.
- Ja również. A teraz Kochanie chodźmy na to śniadanie
- Jak sobie życzysz. A czy my mamy ślub? – razem za rączkę przeszli przez pokój wspólny. Po drodze wszyscy się na nich gapili, bo wyglądali jak para zakochanych.
- Jak najbardziej mamy ślub. Ale czy to ważne?
- Formalnie tak, ale nie dla mnie. Liczy się uczucie. A moje w stosunku do Ciebie jest bardzo gorące i namiętne- pocałował ją w policzek, a ona go przytuliła. Sama już nie wiedziała czy to gra. On mówił to z taką poważna miną...
- Jesteś moja prawda? Kocham Cię.
- Oczywiście jestem Twoja. I również Cię kocham- wypuściła chłopaka z objęć i się odwróciła, aby usiąść przy stoliku. Ale nie usiadła...znalazła się o centymetr od zezłoszczonego Olivera.
- Oliver...to nie tak.
- A jak? Ten idiota ciągle się do Ciebie przystawia, a Ty jak widzę nie jesteś obojętna. Cholera Katie co to ma być?
- Wyjaśnię. Teraz?
- Nie. Teraz mam trening. Po nim, na boisku.
- Dobrze.
Chłopak odszedł bez słowa, a dziewczyna usiadła i się wpatrzyła w swój talerz. Zbierało się jej na płacz.
- Katie...nie wiem co powiedzieć.
- Najlepiej już nic nie mów Draco.
Zjedli w milczeniu śniadanie a potem Malfoy pobiegł na trening. Z braku lepszego zajęcia Katie poszła odrobić jakąś pracę domową. Tylko że był mały problem. Wszystkie już odrobiła w tygodniu z braku lepszego zajęcia. Zamyśliła się... co ona mu powie? Że to była niewinna zabawa? Jak go stracę...
Siedziała pogrążona w beznadziejności. Wpadł jej do głowy, aby napisać list do ojca...czemu nie?



Drogi ojcze.
Hmm zacznę od tego, iż się zapytam jak się czujesz? Jakbyś czegoś potrzebował to możesz do mnie śmiało pisać lub przekazać przez Severusa. Moje główne pytanie to czy umiesz panować nad duszą? Raczej niepotrzebnie się pytam. Napewno umiesz. I Snape również umie. Ale nie chce mnie tego nauczyć. Mógłbyś jakoś to załatwić? Zależy mi na tym.
Pozatym to u mnie prawie wszystko w porządku. U Hermiony również chyba. Zresztą sama może Ci o tym napisać. I chyba tyle...sama nie wiem po co piszę ten list. Mam nadzieję, że się nie gniewasz. Pozdrawiam.

Katie


Poszła do sowiarni wysłała list i stwierdziła, że to już końcówka treningu. Schodząc zobaczyła jakieś zbiegowisko na stadionie. Widać Oliver zmienia skład drużyny. Zwolniła tempa i wpatrzyła w ziemię. A po chwili minęła się z zakrwawionym Malfoyem. Stanęła wryta.
O nie...podbiegła do grupki orientując co się stało. Nie zmieniał składu tylko bił się z Draconem. Odszedł od przyjaciół, a Katie powlokła się za nim.
-Czemu to zrobiłeś?
- A co? No dawaj, leć za swoim blondynem do szpitala. Droga wolna.
- Zrobiłeś mu krzywdę.
- No co Ty nie powiesz?!- Oliver był w furii
- Miałeś chociaż powód?
- Katie cholera jasna! Robi ze mnie jelenia, drwi, że nawet dziewczyny nie potrafię utrzymać i jeszcze zarzuca mi kompetencje kapitana drużyna.
- Spokojnie. Jakiego jelenia?
- Nie uspokajaj mnie! Flirtujesz z nim, robisz, że mnie kretyna przy całej szkole. Całujesz się z nim, przytulasz, chodzisz za rączkę...dlaczego? Co ja Ci zrobiłem?!
- Nic. I ja również nie zrobiłam nic złego. Przepraszam owszem przesadziliśmy, ja przeholowałam. Ale Oliver to nie było na serio.
- Zapewne nie było...
- Oliver! Uwierz mi wreszcie. Nie masz do mnie za grosz zaufania. Jesteśmy razem, kochamy się, ale już uwierzyć mi nie potrafisz.
- Mam do Ciebie zaufanie. Ja się tylko boję, że Cię stracę przez niego...
- Nie stracisz.
- Może.
- Może?
- Yhym. Katie daj mi pomyśleć.
- Dobra jak chcesz. Czyli się rozstajemy. No wspaniale. Masz dużo czasu na myślenie.
Została sama, poirytowana. Przez taką głupotę zostawił ją. Choć nie...on musiał pomyśleć. To niech myśli do woli ! Yhh...

komentarze [3]

Potrafię się zapomnieć... >> piątek, 18 lipica 2008 19:56:33
Od czwartku w warszawie...boję się mówiąc szczerze. Pozdrawiam :)
- Ewe xD będzie przygoda we wrocku
- Gorącą kobietę czyli Strażaka :* za jej naleganie na notkę.
- I marudę :) jestem oburzona tym nieodpowiedzialnym zachowaniem... ale mimo to Cie nie lubię...

Masę ludzi i ona. Wszyscy roześmiani, rozgadani przemieszczali się wśród głównej uliczki magicznej wioski. Nie mogła sobie przypomnieć czy Snape powiedział gdzie konkretnie mają się spotkać. Chyba nie. Tylko, że w Hogsmeade. I co teraz? Ktoś ją nagle złapał za rękę. Poczuła ciepło delikatnego uścisku. Odwróciła głowę.
- Cześć. Prowadzisz Draco?
- Hej. Prowadzę.
Przepchali się na boczną uliczkę i szli coraz bardziej oddalając się od centrum.
- Wiesz może o co chodzi? Po co chcą mnie widzieć?
- Wiem. Za kilka minut sama się wszystkiego dowiesz.
Skręcili w kolejną uliczkę i weszli do jakiegoś domu. Następnie na górę i do obszernej komnaty. Dziewczyna się rozejrzała. Obrazy na zielonych ścianach, stylowy kominek, pośrodku stół, a wokół niego kilku ludzi.
- Usiądź Katie. Czekaliśmy na Ciebie. Czy po drodze były jakieś problemy?
Pytanie było skierowane do młodego Malfoya, który pokręcił przecząco głową.
Wzrok utkwiła w blacie, a pozostali gapili się na nią. Voldemort, rodzina Malfoyów, Snape i jej rodzice. Co za komitet powitalny...
- Po co mnie wezwałeś? Już tęsknisz? – wyszeptała Katie
- Chcieliśmy w Tobą porozmawiać.
- To już wiem. O czym?
- Lepiej brzmi o kim.
- Więc o kim?
- O Tobie.
- Aha. No i co w związku ze mną?
Wszyscy byli zdziwieni tą wymianą zmian. Ona chłodna i obojętna a on...no właśnie co on czuł? Był zły...na siebie. Jak mam jej to powiedzieć? Znienawidzi mnie od samego początku. Hermiona jakoś to przyjęła, ale Katie...
- Od czego by tu zacząć...
- Najlepiej od początku- przerwała mu zniecierpliwiona.
- Łatwo powiedzieć.
- Zapewne. Dowiem się wreszcie o co chodzi? Bo ta dyskusja robi się żałosna.
- Jesteś zła na mnie. Bo Cie odwołałem.
- Odwołałeś mnie, bo Twoja córka tego chciała. Koniec, kropka, nie ma tematu.
- NiE. Odwołałem Cię z własnej woli, bo...
- Bo?! Cholera jasna dokończ! Bo co?!
- Bo jesteś moją córką.
Słowa zawisły w powietrzu, a czas jakby stanął. Jestem drugą córką Voldemorta?
- Nie. To niemożliwe- wreszcie podniosła nieodgadnione spojrzenie.
- Możliwe Katie.
- Nie. Oni są moimi rodzicami- wskazała ręką na siedzących po lewej stronie Adama i Amelie Rosvelt.
- Obawiam się, że to nieprawda. Czarny Pan ma racje- Adam był zakłopotany.
- Ty urodziłaś się pierwsza, Hermiona druga. Jedna z was miała ogromną siłę magiczną, więc było jej lepiej w rodzinie czarodziei, a druga zaś trafiła do rodziny mugolskiej. Czemu się stało, iż nie było powiązania krwi nie wiem. Widać tak musiało być.
- To po co ta cała gra? – gorzki ton wydobył się z ust Katie.
- Chciałem Cie bliżej poznać.
- Czemu mnie?
- Miałaś wielką moc, byłaś moją córką. Pozatym Adam chciał, abyś była w moich szeregach. Zgodziłem się i zacząłem poznawać swą pierwszą córkę.
Po tych słowach każda pozytywna cecha odpłynęła z Katie. Roześmiała się z jakąś chorą satysfakcją. To całkowicie wytrąciło z tropu Voldemorta.
- Cudownie. Pobawiłeś się. Poznałeś. Zadowolony?
- Nie, nie bawiłem się Tobą.
- Czyżby? Jestem niby Twoją córką, a się bawiłeś 17 lat. Cholera, ja Ci tak wierzyłam...byłeś moim mistrzem wiesz?...a ja nawet się tego nie domyślałam. Ale cóż...traktowałeś mnie jak ostatnią szmatę, więc nic dziwnego. Byłam potrzebna na chwilę. Mam to gdzieś. – miała poirytowany ton, gniew z niej bił. Wstała i nim ktoś zdążył zareagować była już na dole. Pchnęła mocno drzwi i znalazła się na dworze. Biegiem pokonała wioskę i weszła przez bramę do Hogwartu.
A on tam nadal siedział bez ruchu. Sprawił jej ból. Miała przyszłość, dobre życie, a on to zniszczył w ciągu kilku minut.
- Panie co mamy robić? – Lucjusz wpatrywał się w niego.
- Nic. Zostawcie ją w spokoju. Potrzeba jej czasu.

Nie żyję...nie żyję...nie chcę żyć, nie chcę nie, nie, nie. Stała przed lustrem. Emocje, które kryła w sobie wybuchły ze zdwojoną siłą. Przygarbiona, załamana, zapłakana. Wszystko się zniszczyło. Wszystko było głupią grą. Ale co teraz? Skoro to mój ojciec... cała przyszłość legła w gruzach. Ożenię się z jakimś śmierciożercą, urodzę potomków Slazara Slytherina i poprowadzę wraz z ojcem śmierciożerców do zwycięstwa. Będę się obracać w świecie szumowin...jeszcze gorzej stanę się jedną z nich. Nigdy! Nie będę mieć za nic takiej przyszłości. Wolę otwartą śmierć.
Otarła twarz mokrym ręcznikiem, lecz nadal stała patrząc na swe ponure odbicie...właściwie to kim ja jestem? Byłam Katie Rosvelt. Jestem Katie...Riddle? Mimo to nie mogę się złamać. Nie mogę. Co z tego, że nie czuję, iż mam serce? Co z tego, że się mną pobawili? Co z tego, że gra trwała 17 lat? Co z tego, że mój prawdziwy ojciec traktował mnie jak szmatę i chciał zabić? No co z tego? Nic! Nadal będę grać. Będę pionkiem na planszy Voldemorta. Ale co ja mogę?
Możesz z tym wszystkim skończyć i się zabić...odejść z tego świata i stać się zapomnieniem...cichutki głosik w jej głowie podsuwał pomysł.
- Nie! To zbyt łatwe- powiedziała na głos, aby dodać sobie otuchy w zaistniałej sytuacji i wyszła z łazienki. Ledwie weszła do salonu stanęła naprzeciwko Dracona...o zjawił się nasz mały bohater....chętnie bym mu coś zrobiła...Ah nie warto. Zmierzyła go nieprzyjemnym wzrokiem, jakby był jakimś obrzydliwym robalem i poszła do Pokoju Wspólnego. Znalazła miejsce przy kominku i się ponuro wpatrzyła w ogień.
- Hej ślicznotko! – czyjeś ramiona oplotły ją i poczuła ciepły oddech na swojej szyi.
- Cześć Oliver.
- Jak się udało wyjście? Hej...co się stało-uśmiech zszedł mu z twarzy, gdy zobaczył minę dziewczyny.
- Możemy porozmawiać? Najlepiej teraz.
- Oczywiście- siadł obok na fotelu
- Nie tutaj...
- Ok.

Stojąc pośrodku wielkiego stadionu smagani wiatrem patrzyli sobie w twarz.
- Co on Ci zrobił?
- Powiedział prawdę.
- I ona tak bolała?
- Tak.
- Powiesz mi o co chodzi?
- Chyba nie mam wyboru.
- To znaczy?
- Jestem jego córką.
- Co?
- Słyszałeś.
- Ale...ale jak?
- Nie wiem...powiedział mi to dzisiaj i wyszłam. Nie chciałam wiedzieć więcej.
Chłopak nie patrzył się juz na nią. Był inny. Obcy.
- Oliver powiedz coś.
- Co mam powiedzieć?
- Nie wiem...jedyne co mogę dodać to przepraszam...nie wiedziałam, że mam powiązania z Voldemortem.
- Wierzę. I te przeprosiny...niepotrzebne.
Popatrzyła się jeszcze raz w te ukochane błękitne oczy i odeszła. Już nauczyła się przegrywać. Przegrałam rodzinę. Przegrałam chłopaka teraz przegram życie? Obojętne mi to już...bez Olivera nic nie ma znaczenia. Gorące łzy popłynęły po jej policzkach. Nie wiedziała co robić.
Ktoś ją z tyłu mocno szarpnął. Straciła równowagę odzyskując ją dopiero w ramionach chłopaka. Przyciskał ją mocno do siebie, jakby się bał, że rozpłynie się w powietrzu i ją straci. Miał ją drżącą bezradną i zapłakaną.
- Co Ty robisz Oliver?
- Nic. Nie pozwolę Ci odejść.
- Czemu?
- Bo Cie kocham. Tak cholernie Cie kocham...nie przeżyję bez Ciebie. Nie ma to dla mnie znaczenia czy masz na nazwisko Rosvelt czy Riddle. Ja Cie kocham za to kim jesteś.
- Oh Oliver- nie mogła w to uwierzyć. Przytuliła się do niego bardziej i tak trwali. Otarł jej łzy i pogładził zimne usta.
- Zostaniesz przy mnie Katie?
- Znasz odpowiedz. Myślałam, że nie chcesz. Myliłam się. Ale jest jeszcze coś.
- Co takiego?
- Mam siostrę.
- To źle?
- Tak. Bo to Grenger...
Oliver się roześmiał. Nie mógł pojąć jak los płata figle tej dziewczynie. Przecież obydwie dziewczyny nienawidzą się z całego serca, a teraz się okazuje, że są siostrami.
- Bawi Cie to?
- Wybacz, ale tak. Bardzo mnie to bawi.
- Jesteś porąbany wiesz? Szturchnęła go delikatnie w ramię, a on ją pocałował. Byli jak dzieci. Zaczęli się kręcić głośno się śmiejąc.
- Już lepiej?
- Nawet nie wiesz jak bardzo Kochanie.
- Cieszę się :) mój Ty Łobuziaku.
Wrócili do zamku i zgodnie poszli do swoich dormitoriów. Było dobrze. Bynajmniej nie tak koszmarnie jak myślała.





Widać trzeba...siedziała w Wielkiej Sali przy śniadaniu. Przed chwilą podeszła do niej panna Szlama Grenger i powiedziała, że On nas oczekuje. A więc wyjście w nocy. Z Malfoyem się szło fajnie, ale iść z przemądrzałą panienką to zagłada. No, ale tatuś chce mnie widzieć. Trochę znowu będę się mogła wyładować słownie. Spokój nie jest mi dany...dał mi słodki tydzień, a teraz znowu się pobawimy. Dobrze, że mnie przynajmniej uświadomił.
Szła pełnym korytarzem rozglądając się za burzą kasztanowych loków. Szarpnęła ją mocno za ramię.
- Musimy porozmawiać Grenger. Chodź.
- Spadaj Rosvelt. Chcesz czegoś?
- Weasley nie wtrącaj się. Nie przyszłam rozmawiać z Tobą, więc nie będziesz dziś w centrum uwagi. Jak będę zdesperowana to przyjdę.
- Dobra chodź. Chłopaki spotkamy się koło chatki Hagrida. Wszystko jest ok- rzuciła im znaczące spojrzenie i pobiegła za Katie, która była już na błoniach.
- Czego chcesz? Myślałam, iż jesteś na tyle mądra, że nie podejdziesz do mnie...Ale widać się pomyliłam.
- Daruj sobie i się zamknij. Jak myślałaś, że się tam dostaniemy co? Zjawią się tu, wezmą za rączkę i zaprowadzą do niego?
- Niezupełnie...
- Ty idiotko...i kto tu jest naiwny? O 1 czekaj na 7 piętrze obok portretu Hredryka Migdalskiego. Jasne?
- Tak. Tylko tyle?
- Uważaj, aby Cie nikt nie złapał. Masz mieć niewidkę.
- Nie mam...
- To nie mój problem. Załatw sobie. Masz mieć i już. A teraz żegnam.
- Ale...czekaj!
- Na co? Powiedziałam już wszystko.
- Ymm już nic...cześć

Różdżka zapalona, w ręku niewidka. Spojrzała na tarczę zegarka – 1.06. No ładnie przez szlamę będziemy tam nad ranem. Jeszcze 4 minuty i idę do łóżka...zebrało mi się na nocne przygody.
- No witam. Nie masz zegarka szlamo? – rzekła patrząc na zmęczoną dziewczynę
- Mam. Były kłopoty po drodze. Przepraszam za spóźnienie- stwierdziła, że lepiej się nie kłócić, bo jeszcze trafi do szpitala po jakimś zaklęciu. Katie zaczęła się kręcić wypowiadając jakieś formułki i wykonując skomplikowane ruszy różdżką. Pojawiła się klapa w podłodze. Otworzyła ją kolejnym zaklęciem.
- Wskakuj.
- Czemu ja pierwsza?
- Bo ja muszę zlikwidować przejście.
- Dobra.
Wskoczyła, a po chwili rozległ się głośny krzyk i salwa brzydkich słów. Katie się roześmiała cicho i sama wskoczyła zamykając klapę. Wylądowała gładko na nogach. Hermiona siedziała pod ścianą cała we łzach.
- Złamałam sobie coś- wyszlochała
- Ogromnie się cieszę. Wstawaj idziemy.
- Zrozum, że ja nie mogę!
- Yhh...gorzej niż z dzieckiem. Ripresto!
Zaklęcie oplotło jej nogi, a po chwili się rozpłynęło.
- Dzięki...nie musiałaś.
- Wiem, że nie musiałam. A teraz chodź, bo to zaklęcie na chwilę. Jak dojdziemy to on coś na to poradzi. Mnie nigdy nie interesowała sztuka leczenia schorzeń.
Nie oglądając się więcej na Hermionę poszła szybko ciemnym korytarzem. Nim minęła chwilka znalazły się na ośnieżonej drodze. Katie wzięła Hermi za ramię i się deportowała. Zobaczyły gustowną willę z pięknym ogrodem.
- Katie...boli
- A co mnie to obchodzi? Chodź i nie jęcz mi już. Ile Ty masz lat? – złość w nią wstąpiła. Poprawiła rękawiczki i czarną szatę, a następnie weszła do bogato zdobionego domu.
- Katie! Myślałem, że nie przyjdziesz. O Hermiona. – Lucjusz szybko do nich podbiegł. Chodźcie do salonu. Hermiono co Ci jest?
- Złamałam sobie coś.
Katie prychnęła i weszła do salonu. Bez większych ceregieli siadła naprzeciw swojego ojca, a obok posadzono drugą zaryczaną siostrę.
- Hermiono co Ci się stało?
- Niech ona Ci powie- wydusiła i wskazała palcem na Katie.
- Musisz nauczyć swoją córeczkę chodzić. Bo tej sztuki jeszcze nie opanowała...
- Stosowałaś coś?
- Ripresto.
- Bardzo rozsądnie.
- Przepraszam, ale czy ktoś się wreszcie mną zajmie? To boli jakbyście nie wiedzieli- to już było przegięcie ze strony Grenger.
Voldemort rzucił jakieś zaklęcia i ból momentalnie ustał.
- Nareszcie. Dziękuję tato.
No, no cyrk na całego. Katie oparła się o kanapę i zamknęła oczy. Przypomniała sobie dawne jedyne spotkanie z jej babcią. Choć z zaistniałej sytuacji to nie była jej babcia. Powiedziała, że dłonie odzwierciadlają nas. Może to idiotyczne, ale przyjrzała się swoim dłonią. Kruche delikatnie, ładne. Nie były to dłonie człowieka silnego. Aczkolwiek stwierdziła, że będzie chodzić w rękawiczkach. Tak na wszelki wypadek. Tajemnicze i całkiem głupie.
- Zmęczona? – z zamyślenia wyrwał ją głos Voldemorta.
- Trochę.
- Nie powinienem was wyciągać.
- Owszem.
- Ale chciałem was zobaczyć.
- Jak miło- ironia, aż raziła od słów wypowiadanych przez Katie
Tymczasem wzruszona druga siostra podeszła do ojca i się do niego przytuliła. A cóż on miał zrobić? Odepchnął ją. Tak bardzo by chciał, aby Katie się do niego przytuliła. Ale nie...była bardziej podobna do niego...taka sama uparta i honorowa. Lecz ten lód w sercu. Ma dopiero 17 lat, a nienawidzi tak wielu rzeczy.
A Katie...znowu się roześmiała. Tatuś nie był zbyt uczuciowy. Tylko, że to nie był normalny śmiech. Znowu zimny i sarkastyczny.
Nudziło jej się...będę siedzieć pół nocy i...właśnie no i co?
- Jak zapewne wiecie przejmujecie moje nazwisko. Imiona wam pozostają. Lecz narazie wszystko pozostaje w ukryciu. Nie chcę, abyście miał problemy.
- Tatusiu czy poznamy dalszą część rodziny? – a Hermiona jak zawsze wyskoczyła z banalnym pytanie.
- Ymm...- Voldemort nie wiedział co odpowiedzieć. Popatrzył się na Katie, która udzieliła odpowiedzi zamiast niego.
- Odpowiedz brzmi nie. Bo i tak wszystkich pozabijał.
- Katie czy Ty nigdy nie odpuścisz? Jestem Twoim ojcem, więc trochę szacunku!
- Nie. I jakbym Cie nie szanowała nie byłoby mnie tutaj teraz. Wiesz o tym.
Otworzyła oczy i spojrzała na Voldemorta.
- Chcę porozmawiać z Adamem.
- Nie.
-Kim jest Adam?
- Hermiono nie wtrącaj się.
- Dlaczego? Również jestem Twoją córką,
- Ale ta sprawa dotyczy Katie.
- Super. Naprawdę fajnie – wy sobie milutko dyskutujcie, a ja idę porozmawiać z Adamem. Gdzie on jest? – przerwała Katie.
- Wykonuje moje zadanie.
- Wezwij ich.
- Po co?
- Chcę porozmawiać.
Próbował odczytać myśli dziewczyny, lecz to było marnotrawstwo czasu. Wszystko szczelnie poblokowała. Uczyła się tego z własnej woli. Mężczyzna dotknął palcem lewego przedramienia.
- Będą na górze.
- Świetnie.
Bez chwili zastanowienia weszła do komnaty na górze i po chwili zjawili się jej byli rodzice. Stała do nich tyłem, twarzą do kominka. Lecz poznali kim jest.
Kobieta podeszła do nieruchomej sylwetki i ją objęła. Następnie się odsunęła na kilka kroków i totalnie zniosła płaczem.
- Czemu płaczesz Amelio?
- Bo zraniliśmy Ciebie. Przez 17 lat myślałaś, że jesteś naszą córką.
- Owszem myślałam.
- Wybaczysz nam to kiedyś?- Adam włączył się do rozmowy.
- A zasłużyliście na to wybaczenie?
- My...naprawdę Cie kochaliśmy. Traktowaliśmy jak własną córkę. Byłaś naszą małą, kapryśną Katie. Chcieliśmy córkę, a on nam ją podarował...
- Rozumiem. Wybaczę. Opiekowaliście się mną, pokochaliście. Mogłam trafić do gorszych ludzi, lecz jednak trafiłam do wspaniałej czarodziejskiej rodziny. Wychowaliście mnie, a teraz on przejmuje opiekę nade mną. Lecz mimo to nie zapomnę was. Nie mogłabym zapomnieć o...swoich rodziców
Podeszła do zdziwionej kobiety i ją objęła. Chwilę głaskała po jej brązowych włosach i oddaliła się w stronę Adama. Podała mu rękę, lecz on ją również mocno przytulił. Tak bardzo chciała, aby oni nadal byli jej rodzicami. Tak bardzo chciała czuć, że ktoś ją kocha i nadal trwać w jego silnych ramionach. Ale on ją puścił i wszystko się zepsuło... Jej życie było jak marne puzzle. Układała je starannie, a nagle ktoś rozwalił całą jej pracę.
Długo nie myśląc skierowała się do drzwi i zastygła z ręką na klamce. Odwróciła się do nich twarzą.
- Dziękuję wam. Za te 17 wspólnych lat.
- My również dziękujemy. I Katie...będziemy Cie zawsze kochać. Gdy będzie Ci źle zawsze jesteśmy do Twojej dyspozycji. Nie jako słudzy tylko jako rodzina. Pamiętaj o tym.
- Będę pamiętać.
Otarła niepohamowane łzy i zeszła z powrotem na dół. Powitała ją niemiła cisza. Hmm...brak tematu do rozmowy.
Usiadła na dawnym miejscu tym razem patrząc w oczy swojego ojca.
- Wszystko w porządku Katie? – widział zaczerwienione oczy dziewczyny. Zaszklone spojrzenie.
- Yhym.
- Napewno?
- Tak, napewno.
Leciutko się do niego uśmiechnęła. Po tej rozmowie ulżyło jej. A więc ma przy sobie Olivera i dawnych rodziców. Oprócz tego nie lubianą siostrzyczkę i kłopotliwego ojca.
- Słyszałem, że się świetnie uczycie.
- Chcę być najlepsza. – któż mógł to powiedzieć...
- Zapewne. Ale chyba to po ojcu. – dopowiedziała Katie
- Bardzo możliwe Katie.
- Wspaniale. A teraz wybaczcie, ale wracam do Hogwartu. Odzwyczaiłam się od tych nocnych wyjść.
- Oczywiście wracajcie.
Cała trójka stała cicho w świetle księżyca.
- Katie...czy możemy porozmawiać chwilkę sami?- zapytał mężczyzna
Skinęła głową i oddaliła się z ojcem od Hermiony.
- Jesteś nadal na mnie zła? – zagadnął szeptem
- A jak myślisz?
- O czym rozmawialiście?
- A czy to Twoja sprawa?
- Nie odpowiesz?
- Po co mam odpowiedzieć? Ciekawość Lorda Voldemorta?
- Ciekawość ojca
- Można i tak.
- Jak się czujesz?
- Podle. Wiesz czemu?
- Wiem.
- Ale nic Ci po tym.
- Mylisz się.
- Może. Po co nas wezwałeś?
- Chciałem Cie zobaczyć.
- Nie mnie tylko nas.
- Znowu pomyłka. Ciebie.
- To ona po co?
- Aby nie było żadnych podejrzeń.
- Ah przykrywka.
- Następny raz będzie inny.
- A będzie następny raz?
- Nie chcesz?
- Obojętnie. I tak będę musiała.
- Czemu tak myślisz?
- Jestem pod Twoją władzą. Rób co chcesz.
- Więc odbędzie się następny raz.
- Cudownie.
- Chcesz mi coś powiedzieć?
- A chcesz coś usłyszeć?
- Zawsze jesteś taka?
- Mogłabym zadać to samo pytanie, wiesz?
- Domyślam się.
- Tak zawsze. Do Ciebie.
- A do innych?
- Zależy.
- Rozumiem. Do Olivera milsza tak?
- Skąd wiesz, że jestem z Oliverem?
- Wiem o Tobie dużo.
- Świetnie. Ale tym razem odpowiem. Tak do niego jestem milsza.
- Kochasz go?
- Nie wtrącaj się.
- Jak chcesz.
- Chcę. Kim ona jest?
- Kto?
- Przecież wiesz. Moja matka.
- Nieważne.
- Ważne. Żyje?
- Nie dowiesz się tego.
- Dowiem się. Jak nie od Ciebie to od kogoś innego.
- Zadbam o to, abyś się nie dowiedziała
- Czemu tatusiu?
- Tak ironia jest niepotrzebna.
- Potrzebna
- Do czego?
- Dla zasady.
- Oj Katie...
- Brak sił? Zapewne szlama jest lepsza.
- Nie nazywaj jej tak
- Bo co?
- Bo to Twoja siostra.
- Nie przyznaję się do niej.
- Katie...
- Ok, ok wiem.
- Doskonale.
- I tak się dowiem.
- Po kim Ty masz tą upartość?
- Po ojcu. Matki nie znam. Ale poznam.
- Załóż niewidkę. Teleportujemy się do wejścia- powiedziała podchodząc do Hermiony.
- Mam iść z wami?
- Nie trzeba ojcze. Poradzimy sobie.
- No dobrze. Więc żegnam was dziewczęta.
- Dobranoc.
- Ah i Katie...naprawdę o to zadbam.
- Nie bronię. Ale jak i tak nie odpuszczę.
- Nie wątpię.
Obdarzyła ojca zadziornym uśmieszkiem, zarzuciła na ramiona pelerynę i rozległ się cichy trzask. Wylądowały przez klapą, były w Hogwarcie.
- Idę do lochów. Całe wyjście zostaje między nami. Zrozumiałaś?
- Tak.
- Postaraj się nadal, aby Cie nie złapali.
- Ok.
- Dobranoc.
- Dobranoc Katie. Miłych snów.
Odwróciły się i podążyły w odwrotne strony. Nikt nie mógł się domyślić, że są siostrami. Absolutnie nikt.



D.ł.u.g.o ? A skąd xD pozdrawiam.
komentarze [1]

Bo oni są cudowni :) >> poniedziałek, 30 czerwca 2008 23:42:17
Dzisiaj mam urodzinki :) już 16 latek :) chciałabym podziękować wszystkim,którzy pamiętali o tej dacie. Szczególnie- Ewuś :* te życzenia... aż się rozkleiłam
- Oluś moja złociutka :) dziękuję za ślub i za to,że byłaś i świadkiem i kapłanem.
I Mojego najdroższego :* który dziś się ze mną zaręczył.
Wszyscy,których wymieniłam są cudowni. Dzięki nim uśmiecham się :) dziękuję,a teraz notka.


Stała przed oniemiałymi rodzicami ze zdjętą bluzą. Wiedzieli, że coś jest nie tak. Przecież miała znak...miała go.
- Wczoraj mi go usunął. Zlikwidował mnie, bo Ty ojcze i Snape na to nalegaliście. I uprzedzam- nie próbujcie mnie znowu wcisnąć w jego zastępy. Nie potrzebuje litości. Czy to jasne?
- Rozumiemy. Jasne owszem. Nie będziemy tego robili. Jeśli Cie zechce to sam wezwie. Tylko to wielka szkoda. Przez nas...przepraszam.
- Ja się nie gniewam. Tak może będzie lepiej, bo ten rok jest ciężki, a potem egzaminy. Nie mogłam prowadzić dwóch światów. Ostatnio wszystko przekroczyło granicę i byłam w złym stanie. Nie chcę, aby to się powtórzyło, a jestem niemal pewna, że przy Nim powtórzyłoby się.
- Możliwe. Faktycznie to było zbyt ciężkie dla Ciebie- jej ojciec miał zgorzkniałą minę. Ale nie miał wyboru, musiał się pogodzić z porażką.
- Chcę się odizolować od śmierciożerców. Jak najdalej od nich. Wilkołaki, Lestrange...nie będę ich tolerować. Z tym również musicie się pogodzić- była śmiała. Miała zamiar powiedzieć im wszystko co jej przeszkadzało.
- Nie będziemy Cie zmuszać do niczego. Jesteś już dorosła, sama decyduj. A teraz może jedzmy na dworzec, bo się spóźnisz.
- Ok. Idę to kufer.
Chwilę potem teleportowali się na dworzec Kings Cross i Katie poszła do pociągu. Znalazła pusty przedział i zaklęciem umieściła walizkę na półce poczym wróciła do rodziców.
- Miłego półrocza. Nie przejmuj się niczym
- Dzięki. Nie będę, bo mówiąc szczerze nie mam czym. Ah i te święta były fantastyczne. Szczególnie wigilia. Zapewne świetnie się bawiliście. Mnie to już nie obchodzi. Cześć.
Weszła z powrotem do pociągu, który powoli ruszył. Rodzice stali trochę źli, smutni i zdziwieni. Katie się zmieniła i teraz zobaczyli jak bardzo. Była nie do poznania. Grzeczna, uczynna dziewczyna zmieniła się z ostrą, chłodną kobietę.
Siadła na swoim miejscu, a do przedziału wpadła jakaś starsza dziewczyna.
- Wolne?
- Tak.
Poznała ją...była z Ravenclaw...to ona podawała Oliverowi eliksir miłość.
- Hej Katie! Co tam? – bez pytania Draco usiadł koło niej, a za nim Crabble i Goyl. Przedział był prawie pełny. Towarzystwo niczemu sobie oprócz tlenionej blondynki.
- Cześć Draco. Wszystko ok.
Rozmowa trwała w najlepsze. Blaise, który przyszedł na chwilkę i został w wagonie zaczął rozmawiać nawet z tą dziewczyną...
Niezbyt mądra, zero inteligencji, wygląd w miarę...Karina.
- Jedyny spokojny przedział. Zachowujcie się nadal grzecznie- w drzwiach stanął prefekt – uśmiechnięty Oliver. Tak pozatym to cześć chłopaki i mój Skarbie :). O Karina...cześć
- Oliver! Witaj! Tęskniłam za Tobą- wspomniana Karina rzuciła mu się na szyje, ale on ją stanowczo odepchnął.
- Nie zbliżaj się do mnie. Już mam dziewczynę- odpowiedział chłodno i zwrócił się do Katie- widzimy się w Wielkie Sali. Jakby co wiesz gdzie mnie znaleźć. Miłej podróży.
Wyszedł pozostawiając chwile milczenia.
- Wróciliście do siebie? – Malfoy był zły.
- Tak.
- A tamto? Czyżbyś zapomniała Katie?
- Nie, doskonale to pamiętam. Wszystko się wyjaśniło.
- Aha. Wspaniale- odpowiedział gorzko.



Wstała z fotela, odłożyła pergamin i wyszła na korytarz.
Puk, puk, puk.
- Proszę- zimny głos zapraszał ją do ponurego gabinetu.
- Dobry wieczór. Możemy porozmawiać?
- Oczywiście. Siadaj.
- Bo...ymm...czy Pan..?
- Pan? Myślałem, że nadal jesteśmy po imieniu- przerwał dziewczynie.
- Dobrze...umiesz panować nad duszą?
- Skąd to pytanie?
- Odpowiedz.
- Tak umiem. A teraz Ty mi odpowiedz skąd wzięłaś to pytanie.
- Z nikąd. Nauczysz mnie tego?
- Po co Ci to? Przecież umiesz już panować nad ciałem, myślami, likwidujesz swoją pamięć, a teraz dusza?
- Potrzebne mi to do pełni szczęścia. Więc jak?
- Nie.
- Rozumiem. No to żegnam.
- Zaczekaj- dziewczyna zastygła z ręką na klamce. Powinnaś o czymś wiedzieć.
- O czym?
- On ma córkę.
- Co?!
- Ma. Nie domyślałaś się niczego prawda? Jak my wszyscy zresztą...
- Nie domyślałam się tego...kim one jest?
- Właściwie to nie wiesz najlepszego, ale myślę, że się dowiesz kiedy indziej. Poznaliśmy ją dzisiaj. I Ty również ją znasz.
- A więc kim jest córka Czarnego Pana?
- Grenger. Hermiona Grenger. A raczej Riddle.
Nie...ona? To dlatego mnie odwołał...bo tego chciała. Nigdy się nie lubiłyśmy. A to niespodzianka. Voldemort ma córeczkę szlamę.
- Co Ty na to?
- A co ja mogę Severusie? Ma córkę i tyle. Mnie to nie dotyczy.
- Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz. Chcemy z Tobą porozmawiać. Niedługo w Hogsmeade- tam się spotkamy.
- Chcemy czyli kto?
- Czarny Pan, Twoi rodzice, kilku śmierciożerców.
- Pomyślę.
- Musisz.
- Nie muszę. Wykluczył mnie.
- Mimo to. Będziesz?
- Będę.
Wyszła bez słowa. Chciała wrażeń będzie miała wrażenia. Ten świat jest dziwny...na każdym kroku jakaś miła- niemiła niespodzianka...

komentarze [3]



Wyrocznia


Mroczny Pamietnik

Zobacz
Wpisz się

Katie Rosvelt-Riddle


Pokochaj

Poznaj

Kartki z kalendarza

2008
maj (3)
czerwiec (7)
lipiec (5)
sierpien (3)
wrzesień (2)
październik (1)

2009
styczeń (2)
luty (1)


Bywam i należę

pewna-dziewicadodatki-hpsztuka-kochaniazycie-to-przygodaniemoralnehermiona-draco-storymy-friend-lonelinessliz-malfoyprzebieralnia-szablonowczarny pan.hermi-draconslytherinsprofesor-voldemortzycie-bez-zludzenciemna-czekoladaqueen-off-steel




Szablon

Szablon wykonała Gabrielle, używajšc cytatu z ksišżki pt. "Pamiętnik maga" autorstwa Paulo Coelho.
Więcej?